Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tradycje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tradycje. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 kwietnia 2014

Czytanie, pisanie i układanie historii..

„Historia jako nauka zna tylko jedno źródło poznania – s ł o w o.” Gustaw Szpet

Dziecko na warsztat – WARSZTAT HISTORYCZNY

Witam wszystkich!

W ramach projektu „Dziecko na warsztat” nie udało mi się zaprezentować w lutym i w marcu warsztatów, gdyż byłam w innym świecie – świecie bez internetu!! Chętnie jednak teraz wrócę ;-)

Warsztaty głównie z MAŁYM (4,10) ale i Mała (25 miesięcy) chętnie - oj chetnie….

Jak zapowiadałam, wszystkie moje posty będę pisała w cieniu mojego głównego tematu „dwujęzyczności i dwukulturowości”, aby wszyscy, którzy zaglądają tu właśnie dla tego tematu, mogli znaleźć coś dla siebie.

1. Po co historia dzieciom dwujęzycznym:

Co z tą historią? Historia, dla dzieci dwujęzycznych i dwukulturowych, to trzon wiedzy o sobie, rodzinie i miejscu, w którym żyli przodkowie i w którym one żyją teraz. Niby jest tak samo ważna dla każdego człowieka, ale mam poczucie, że dla nas i naszych dzieci „emigracyjnych” to szczególnie istotny element postrzegania siebie i świata dookoła – właściwego „umiejscowienia się” w nim. Kiedy zabraknie historii rodzinnych z dalekiego kraju - zabraknie korzeni, zabraknie więzi!!! Nasze poczucie bezpieczeństwa jakoś się chwieje. Emigranci i emigracje to element wielkiej historii, to składowa historii współeczenej Polski w szczegolny sposób ważnej… bo jeszcze nie widzimy skutków…

Emigracje poprzednich wieków to były emigracje polityczne – Polacy emigrowali, uciekali, szukali wolności dla siebie i Polski. Łatwo było w takiej atmosferze tęsknoty za krajem „uciemiężonym” wychowywać kolejne pokolenia – pokazywać wartość tradycji i korzeni, utrzymywać je, chołubić wręcz.

Teraz jest nieco inaczej. Niestety.

2. Dobrze o Polsce:

Mimo niemiłych skojarzeń czy przeżyć związanych z Polską, musimy pamiętać, że aby dobrze iść w przód, musimy przekazać kolejnemu pokoleniu wiedzę też o tym, co wspaniałego wynieśliśmy z Polski. NAS SAMYCH!!! Nie możemy stawiać w oczach naszych dzieci Polski i jej najnowszej historii w złym świetle – a tak się będzie działo wtedy, kiedy będą one słyszeć wieczne narzekania i osądy.

Zachęcam więc do codziennych warsztatów historycznych-współczesnych! Pracy nad tym, aby podnosić prestiż Polski w słowach, w słowach wypowiadanych o Polsce, o Polakach, o jej tradycjach, szczególnie o naszych miłych i pięknych wspomnieniach – historiach rodzinnych. Przypominam więc! Walczmy o dobre imię Polski słowami, by nasze dzieci nie musiały zaprzeczać nam i sobie – wspólnemu pochodzeniu!!!; bo kto chciałby pochodzić z (delikatnie mówiąc) „niefajnego” kraju?; bo jak miałyby dobrze funkcjonować nasze dzieci, kiedy są „niewiadomoskąd”??; jak mają chcieć mówić po polsku!!!!???; jak mają chcieć opowiadać o kraju dziadków?

Na przypomnienie: kilka wskazówek w poście (komentarzach) „Dobrze o Polsce”: http://dwujezycznosc.blogspot.co.at/2013/10/dobrze-o-polsce.html

3. Historia to czytanie tekstów.

To już wiemy, że historię w jak najszerszym pojęciu, na emigracji musimy poznawać i poznawać. Ale jak? Podróże, słuchanie ludzi i oglądanie miejsc ale najczęstszym sposobem jest czytanie! Musimy więc nasze dzieci uczyć czytać po polsku, gdyż w pewnym momencie nie będziemy już w stanie sami wszystkiego opowiedzieć! Będziemy odsyłać do tekstów!! A zrozumieć teksty o historii…to wyczyn!: „wydobycie z tekstu faktu (…) stanowi operację deszyfracji” – pisze Gustaw Szept… A dwujęzyczne i dwukulturowe osoby muszą jeszcze opanować cały system trudnych wyrażen i struktur językowych! A więc – pamiętamy! – uczymy czytać po polsku, aby nasze dzieci miały dostęp do szerokopojętej kutury, opisanej w TEKSTACH!!

4. Historia w domu:

Nawet na emigracji w domu powinny być przedmioty, które wzmacniają identyfikację kulturową i pomagają zrozumieć zawiłości historii. Powinny być symbole Polski (nie mówię, że nad kominkiem… ale tak, żeby je móc wyjąć - w stosownym momencie powiesić flagę…; powinny być KSIĄŻKI – przynajmniej kilka stricte o historii Polski, albumy. Szczególnie atrakcyjne dla dzieci i młodzieży są atlasy historyczne i encyklopedie z wieloma rysunkami –teraz to też i w internecie można znaleźć (ale też trzeba wiedzieć, czego szukać…); filmy!!, płyty (moja i mojej rodziny na emigracji płyta to ukochani T-raperzy znad Wisły…: tu o tym pisałam: http://dwujezycznosc.blogspot.de/2013/07/raperzy-i-butenko-znad-wisy-pozyteczne.html ”MIESZKO, Mieszko, mój koleżko!!”); gry planszowe – moje ostatnie odkrycie w Polsce: gry planszowe IPN – moje dzieci nieco za małe… ale już niedługo…są pięknie zrobione i fajną zabawę też proponują: tu: IPN – gry - http://pamiec.pl/pa/edukacja/gry-i-materialy-edukac/gry

5. Opowieści – rozmowa:

– „a jak ja byłam mała” – to dla naszych dzieci (szczególnie małych) niezła historia…

6. Tworzenie drzew genealogicznych i albumów rodzinnych
– jednak w wersji drukowanej! lub pisanej/ręcznej. Bo elektroniczne gdzieś „giną”. Piękne są takie drzewa. My jeszcze takiego nie mamy – musimy się przyłożyć… Będę powoli zbierała materiały i poczekam, aż dzieci troszczkę podrosną!

7. Samodzielne tworzenie filmów o rodzinie, o Polsce, o miejscach w kutych byliśmy razem albo o kraju dziadków – polecam sczzegolnie „starszakom – nastolatkom”!!

8. Wycieczki w Polsce do miejsc historycznych – szczególnie ważne!! – zwiedzać i opowiadać i sobie przypominać… jak się da kupować tam albumy – przydadzą się do pokazywania w kraju, w którym dziecko mieszka, kupować też kartki z różnych miast Polski lub prosić rodzinę i znajomych o przesyłanie – też miła rzecz do pokazywania obcokrajowcom!! Lub robienie tam zdjęć i robienie najnormalniejszych albumów zdjęciowych lub!! dzienniczków!/pamiętników moich ukochanych!

9. Dzienniczek! – nasze historie codzienne, osobiste, rodzinne. Wiele już o tym pisałam – tu  http://dwujezycznosc.blogspot.co.at/search/label/dzienniczek%20wydarze%C5%84 można znaleźć więcej informacji. Przypominam więc tylko – dla małych dzieci to ich najbliższa i NAJWAŻNIEJSZA historia!! Dodtakowo uczymy opisywać zdarzenia, świat, ludzi i siebie… I mamy wspaniałą pamiątkę! Przywoływany Gustaw Szpet pisze, iż poznawać historię to umieć obserwować, czytać – umieć rozumieć sens znaku słownego; to łączyć w sobie dwie role: czytelnika i pisarza! – piszmy więc pamiętniki! Gdyż „każda dziedzina rzeczywistości ma swój wymiar historyczny” (G. Szpet).

10. Czas i kalendarz

To propozycja dla małych dzieci: nauka postrzegania siebie w czasie, umiejscowienia siebie w czasie. Dla małych dzieci, wszystko, co było to WCZORAJ a wszystko, co będzie to JUTRO… Pkazywanie na kalendarzu upływu czasu jest powolną nauką tego, iż wczoraj staje się historią…. Nauka rozumienia czasu wymaga zrozumienia linearnego porządkowania sekwencji zdarzeń!! Tu nasze zabawy z kalendarzem: http://dwujezycznosc.blogspot.co.at/search/label/kalendarz

11. Myślenie przyczynowo-skutkowe!!! – dwa rodzaje, przyrodnicze i historyczne

Tu jedno z moich zainteresowań zawodowych! Dzięki temu powstał zbiór „Myślenie przyczynowo-skutkowe” w wyd. WIR (razem z M. Korendo i A. Fabisiak-Majcher): http://www.wir-sklep.pl/pl/p/Myslenie-przyczynowo-skutkowe/121



Myślenia przyczynowo-skutkowego uczymy dzieci na terapii językowej ZAWSZE!!! Jest ono potrzebne w poznawaniu każdej dziedziny życia.
Chciałabym zwrócić tu uwagę na myśl filozofa Gustawa Szpeta, iż nauki przyrodnicze i nauki historyczne (w sensie humanistyczne) różni pojmowanie myślenia przyczynowo-skutkowego. Otóż w przyrodoznawstwie mamy przyczyną i skutek (dość przewidywalny) – takie układanki/historyjki z pewnością znacie. Mam ich (w związku z wykonywanym zawodem) całą półkę.
W historii i naukach humanistycznych myślenie przyczynowo-skutkowe nie jest tak oczywistym procesem: znaczy się: coś się dzieje, ale niekoniecznie wiemy jaki będzie skutek; może być różne rozwiązanie dla danej sytuacji!; nie wiadomo w jkim kierunku dana historia się „rozwinie”! W naszym zbiorze „Myślenie przyczynowo-skutkowe”, umieściłyśmy kilak i takich historii. Aby ułozyc takie historie, trzeba je przemyśleć, opowiedzieć sobie lub komuś.

Przy układaniu historyjek pamiętajmy, że nie zawsze musimy kierować się logiką numerków na obrazkach - czyli tak jak powinno niby być - MUSIMY SŁUCHAĆ, CO MÓWI DZIECKO! Bo wyjaśnienie może być indywidualne!! Dziecko może według własnej wiedzy o świecie uporządkować logicznie i dane fakty!

Warsztat historyczny z dzieckiem:

Co wybrałam na nasz warsztat?

Maksymilian nie jest szczególnie zainteresowany wiekami przeszłymi – rycerze i wojsko to dla niego wprost mówiąc dinozaury – były, ale wymarły i nie jest tak ciekawe, jak wszystko, co jest tu i teraz.

Pewnego razu spotkaliśmy w podróży żołnierzy. Stali sobie na parkingu i odpoczywali. Było ich sporo! Mąż woła do Maksymiliana: Makuś, zobacz wojsko! – na co Makuś z rozdziawioną buzią: „To wojsko jeszcze istnieje…??!!” – w sensie, że to przecież już było, historia, wymarli przecież jak rycerze… Jakoś za mało go uświadamiamy życiowo, współcześnie chyba…

Dla Alicji księżniczka to jakisik abstrakt totalny – zdecydowanie woli normalną lalkę, klocki i ziemię w ogródku. Póki co… Zobaczymy jak zareaguje na wizytę w Łańcucie w zamku, która planujemy – zamek jak nic prawdziwy pałac!! I portrety są… co powie?

Na warsztat historyczny wybrałm więc zabawy w układanie prostych historyjek – ad. 11 – aby uczyć myślenia przyczynowo-skutkowego, co mam nadzieję pomoże kiedyś w przyswajaniu i deszyfrowaniu wiedzy stricte historycznej ;-)

Ze względu na to, iż „technika” się na mnie wyjątkowo zawzięła – każdy post „Dzieko na warsztat” opłakuję brakiem połączenia internetowego (oczekiwanego bądź nie!), odmową przeładownaia zdjęć z apataru na komputer, brakiem dostępu do sprzętu (wyjazdy…) - cóż za walka z przeciwnościami.

Tym razem podobnie – internetu nie było – pierwszy raz w tym mieszkaniu – nie wiadomo dlaczego… Zdjęcia się nie przeładowały – nie wiem dlaczego. Zostałam znów z „brzydkim” i nieopublikowanym postem.

Ale przynajmniej teraz poczytajcie, co robiliśmy:

Tak po prostu: układaliśmy historyjki obrazkowe, złożone z 3, 4, 5 a nawet 6 obrazków. Opowiadaliśmy przy tym dużo. Makuś lubi to robić, więc układałby jeszcze i jeszcze: „Jaką masz jeszcze? Pokaż!”

Do historyjek dołożyłam opisy: pisałam „na oczach” dziecka opis pod każdym obrazkiem. Makuś ćwiczył czytanie. Zdania były proste, nawet do trudniejszych historyjek – dostosowane do poziomu umiejętności Maksia w czytaniu np.:

ADAM MA LODY MALINOWE. OLA MU DAŁA.
ADAM NIE LUBI LODÓW MALINOWYCH. CHOWA JE DO SZAFY.
LODY TOPIĄ SIĘ!! SZAFA I UBRANIA SĄ BRUDNE.

Przy okazji oczywiście:
1. Zadajemy dużo pytań;
2. Przy układaniu historii mówimy: UŁÓŻ PO KOLEI; zadajemy pytania: CO TERAZ? CO BĘDZIE TERAZ? CO SIĘ STAŁO POTEM? CO BYŁO NAJPIEJW? CO POTEM?

3. Zastanawiamy się z dzieckiem nad przyczyną i skutkiem; pytamy CO SIĘ STAŁO?; DLACZEGO…..?

4. Rozważamy inne rozwiązania danej sytuacji CO BY BYŁO, GDYBY…? A JAKBY…?

5. Rozmawiamy (ewentualnie) o przeżyciach bohaterów, o emocjach, myślach, co mogą oni czuć: CO ZROBIŁ ADAM? CO CZUŁ?

Przy innej historyjce napisałam proste zdania wcześniej: i Makuś czytał, i miał za zadanie dopasować podpisy do poszczególnych obrazków – a historyjkę ułożyłam ja!:
1. AGATA WYLAŁA SOK BANANOWY.
2. AGATA MÓWI: FE! NIEDOBRE!
3. AGATA NALEWA SOK MALINOWY.
4. AGATA NALEWA SOK BANANOWY
5. AGATA MA DWA SOKI: BANANOWY I MALINOWY.
6. UF! SOK MALINOWY JEST DOBRY! ONA LUBI SOK MALINOWY. AGATA JEST ZADOWOLONA.
W tej historii kolejność obrazków nie jest oczywista. Pokazałam Maksiowi, że mogło być inaczej (inaczej może być też dobrze!!) i jeszcze raz układał zdania.

Jeszcze jedna wersja układania: ja napisałąm zdania – Makuś przeczytał je jako tekst ułożony przeze mnie. Potem dostał obrazki i układał je, mając „na oczach” tekst;-)

Można próbować zasłonić tekst lub obrazki a dziecko układa to, co ma (obrazki, tekst) Wszystko zależy od pomysłowości, możliwości dziecka i tego, co akurat w tym momencie ćwiczymy.

Kolejnym ćwiczeniem jest ułożenie samych zdań!! To już tworzymy tekst! I opowiadmy go wspólnie z dzieckiem – zadając podobne pytania do wypisanytch powyżej. I tak się zaczyna praca z tekstem, ze zrozumieniem, szukaniem przyczyny i skutku: nie przy pomocy obrazu ale za pomocą myślenia, przywoływania z pamięci!!!

Troszkę się natrudziliśmy, dużo układaliśmy! Ale fajnie było!

Zachęcam!!

Zachęcam do pisania dzienników, do opowiadania dobrych historii i do układania historyjek – to jak układanie i pisanie własnej historii życia. A potem będziemy wspominać.

Zapraszam też do innych warsztatów historycznych na blogach:



W projekcie biorą udział:

DZIECKO NA WARSZTAT

sobota, 26 kwietnia 2014

Jezus w Niemczech?

Obiecany wczoraj post, wyjaśniający konieczność rozmów, rozmów i jeszcze raz rozmów…. ;-)

O Jezusie w Niemczech jeszcze chcę napisac dużo, dużo więcej – bo to akurat ważny dla mnie temat w dwukulturowości mojej rodziny. Dziś tylko parę zdań… początkowych… ;-)

Tydzień temu – Wielka Sobota – Makuś rozmawia z babcią z Polski. Słyszę, wymiana zdań o tym co robi, jaka pogoda. Nagle przyszpila mnie takie zdanie (nie wiem jakie było pytanie):

- E… babcia! my mieszkamy teraz w Niemcach, a w Niemcach na święta to imprezuje się z rodziną króliczków. No mówię ci, wiem! Pani w przedszkolu wszystko nam opowiedziała! Wiesz, jest taka rodzina króliczków, mama, tata, i mają dwoje dzieci, takie małe króliczki i oni zgubili jajak w trawie! I wszędzie chodzą i gubia te jajka i trzeba je znaleźć! No mówię ci!

Nie wiem co babcia na to…, ale ja usiadłam i oniemiałam…

W Austrii to mieliśmy „nieco” parafialne przedszkole pod nadzorem gminy (pół na pół) i nawet palmy robili i krzyż w niej był i parę innych tradycji katolickich (tzn. naszych, bo nam to odpowiadało) i dzieci w wielkie święta chodziły śpiewać do kościoła itp. Tu „lekko” katolickie przedszkole istnieje najbliżej 40 km. Kościół 20 km. W Wielką Sobotę do 21.30 godz. ani jeden kościół nie był otwarty - z maleńkimi dziećmi prosiliśmy trzech księży by pokropoli ich koszyki przed 21.30 – wszyscy odmówili…

Itd. itd.

Więc jak już usiadłam i oniemiałam i przemyślałam znów (poprzednie refleksje w Wielki Piątek mnie dopadły) postanowiłam działać jednak – chociaż trochę.

I rozmowy znów…, żeby te króliczki Jezusem trochę nadbudować… żeby je umniejszyć…

Żebyście wiedzieli, że język polski pod kontrolą, to zaczęłam tak:

- Makuś – po pierwsze: nie mieszkamy w Niemcach, tylko w Niemczech! W Niemcach może w Święta imprezują króliczki!!! Ale w Niemczech, całe szczęście, my możemy sami zdecydować jak obchodzimy Święta. A nawet musimy, bo nikt tu nam tego nie pokaże ani nie pomoże!


No dobrze… Potem już nie byłam taka… no wiecie… Już normalnie starałm się tłumaczyć, powoli opowiadać. O zmartwychwstaniu, o Jezusie, o zwycięstwach… i o króliczkach też, gdzie są i dlaczego są i że fajnie, że w Niemczech są, itp.

W Wielką Niedzielę Makuś w rozmowie z babcią wykrzyknął jak należy!:

- Babcia! Ty wiesz! Dzisiaj Jezus zmartwychwstał!!!

No…

Popatrzcie, ile daje rozmowa – z panią w przedszkolu, z mamą, z babcią, z każdym.

Każdy zostawia w dziecku ślad swojej kultury, swoich przekonań.

Z dziećmi dwukulturowymi należy szczególnie wiele czasu poświęcić na rozmowy o tym wszystkim, co dla nas osobiście może być odmienne i ważne. I wyjaśniać, wyjaśniać – jak umiemy. W małżeństwach mieszanych spotykają się dwie kultury – tu lepiej niech się nie ścierają, niech się spotykają właśnie, niech pokazują więcej możliwości.

Co do Jezusa – jak się przygotuję to napiszę o Jezusie w Niemcach i w Niemczech…

Pozdrawiam wiosennie – wracając z ogródka, w którym razem z posadzonymi nasionkami, nieco zmartwychwstała moja nadzieja na dobre życie tu…

piątek, 25 kwietnia 2014

Piątkowe gadułeczki – wielkanocne rozmowy.

Do postu „Wielkanoc w nowym miejscu” dorastam… dzisiaj tylko krótka migawka „gadułkowa” z Wielkiego Piątku w naszej rodzinie.

Tydzień temu:

Wielki Piątek. Jesteśmy katolikami – dobrze się więc składa, bo Wielki Piątek w Niemczech jest wolnym dniem od pracy.

Postanowiliśmy spędzić ten dzień w domu, gdyż dom wołał o litość – po dwóch tygodniach z moimi problemami zdrowotnymi. No to posprzątamy, potem trochę odpoczniemy, sami.

Zlitowaliśmy się nad domem trochę a potem nastał czas zadumy. Wielki Post minął nam źle, szybko, w nowym miejscu, bez żadnej atmosfery duchowo-kontemplacyjnej. Przy trudach ogarniania nowej rzeczywistości nie zdołaliśmy mądrze wygospodarować odrobiny czasu na to, by usiąść, porozmawiać, rodzinnie przeżyć. Nie da się tu „uciec”, od biegu życia, do kościoła, na Drogę Krzyżową (nie mówiąc o Gorzkich Żalach, typowo polskim nabożeństwie) – bo kościoły w naszym miasteczku nie funkcjonują – zamknięte na głucho. Sami nie zorganizowaliśmy tego. Poszliśmy popołudniem, w Wielki Piątek, na spacer – nie wierzyłam, że nawet w ten dzień kościoły będą zamknięte – były zamknięte…

„Przepadło…, już nie odwrócę tego czasu” pomyślałam potem, siadając ciężko na kanapie wieczorem. „Wielki Piątek, a tu NIC wielkiego w domu, w duszy, oprócz jakiegoś żalu do siebie” myślałam. W tamtym roku – i ozdoby, i kartki były piękne i posty…:
http://dwujezycznosc.blogspot.de/2013/03/kartkowa-palmowa.html
http://dwujezycznosc.blogspot.de/2013/03/wielkanoc.html
http://dwujezycznosc.blogspot.de/2013/03/8-piatkowe-gadueczki-wielki-piatek.html

...
W końcu powlekłam się jeszcze ciężej do półki z płytami i przeglądałam. Wyszperałam „Pieśni wielkopostne”, jakieś różne, w większości staropolskie, tradycyjne, w wykonaniu Chóru Akademii Muzycznej w Lublinie. Włączyłam płytę. Rozległy się zawodzenia pierwszej klasy! Cudownie piękne, zadziwiająco wzruszające. W minutę wszyscy ściągnęli do salonu.

Makuś pyta „Co to?” . Wyjaśniam powoli, szukając słów.

Makuś słucha, Alicja słucha… odeszli.

Zajęli się zabawą, klockami…Ja siedzę i słucham i słucham…

Po długich minutach przychodzi Maksymilian, z buzią w podkówkę, łzy w oczach… Mówi:

- Dlaczego Jezus nie poszedł do Maryi i Józefa, przecież to jego rodzice, pomogli by mu, obronili…?! Wyjaśniam znów powoli, szukając słów…

Makuś oddala się do klocków. Alicja bawi się – słucha. Patrzę na synka i myślę, o tej jego ufności, poczuciu bezpieczeństwa w jego sercu, które jeszcze daje świadomość istnienia, bliskości rodziców…

Nagle słyszę pytanie. Synek pyta głośno:
- Dlaczego ludzie zabili Jezusa?
- Bo byli źli - mówię.
- Dlaczego byli źli?
Ruszam głową z poduszki. Ale nie zdążyłam pomyśleć, ani odpowiedzieć – słyszę głos Alicji znad klocków:
- Bo byli głupi! Potem była długa rozmowa o tym, dlaczego ktoś może być zły, niemądry; a kto jest kochany i dobry….

I takie były nasze „Piątkowe gadułeczki” w Wielki Piątek…

I to nic, że kościoły tu zamknięte; to nic, że nabożeństwa w tym roku nieodprawione... Tu jest inaczej, trzeba więcej sił "własnych" do rozmowy...

Teraz myślę sobie: nie chcę być zła ani dla siebie, ani dla męża, ani dla dzieci, ani dla innych ludzi = nie chcę być głupia. Kto chce być mądry, musi być dobry - to filozofia znana, ale jak wychodzi z ust, serca i umysłu dwuletniej dziewczynki – jest WIELKĄ PRAWDĄ!

A, że MUSIMY rozmawiać z dziećmi dwukulturowymi o trudnych sprawach, o tradycjach naszych, dopowiem jutro - to będzie rozmowa Maksia i babci o... króliczkach wielkanocnych...!!!

środa, 24 lipca 2013

Kultura a moda.

Wiele regionów Polski, Europy, świata może pochwalić się pięknymi strojami. Nawiązują one do tradycji, obrazują kulturę.

W Austrii - Trachten!!


Zdjęcie pochodzi ze strony prezentującej kolekcję z Karyntii z 2013 roku:
http://www.trachtenhaus.com/fotos-mobile/category/47-kaernten-kollektion-2013

Zdjęcie ze strony internetowej sklepu Otto.


Trachten - są to stroje, "kostiumy" regionalne. Ale sprawa z nimi jest przeważnie niewiarygodna dla Polaka!!! No Austriacy mają swoje stroje regionalne! Można je na przykład często zobaczyć u kelnerów w gospodach!
Ale... Ale...
Austriacy, w tym regionie, w którym mieszkam, noszą "trachten" bardzo często!!, zakładają na przeróżne okazje!! bardzo dumnie!! z uśmiechem na twarzy!! Każde święto kościelne, parafialne, gminne, lokalne, rodzinne (wesela, urodziny), festyny, święto rybaka, buraka, ziemniaka, szynki, dyni, słonecznika - wszyscy, jak jeden mąż! wskakują w swoje stroje. Małe dzieci, nastolatki!!! (się nie wstydzą!), dorośli, starsi. Stroje mają różne charaktery: są stateczne, są eleganckie, są frywolne! Ale zawsze są.

Kilka lat temu przecierałam oczy ze zdumienia: ulicą w Grazu biegły trzy młode kobiety w takich strojach, z prezentami w rękach - wbiegły do knajpki, zupełnie współczesnej (!) i podglądałam je potem - większa grupa młodych pan bawiła się na wieczorze panieńskim!

Kilka tygodni temu przecierałam oczy ze zdumienia: drogą maszerowały dzieci ze świadectwami - dzieci ubrane były w stroje regionalne!

Kilka dni temu przecierałam oczy ze zdumienia, kiedy na bierzmowaniu zobaczyłam całe (!) rodziny ubrane w odświętne stroje.

No tak się dziwię jeszcze bardzo często: jak widzę ogłoszenia: "Trachten Disco!!", "Trachten Tanzen!!"; jak widzę całe! piętra w sklepach ze strojami regionalnymi; jak widzę reklamy sklepów internetowych, jak widzę sklepy z bajecznymi strojami! Drogie jak..., ale każdy ma! No tak się dziwię jeszcze bardzo często, bo pochodzę z kraju, w którym przez wiele lat kulturę regionalną gnębiono, ośmieszano. Pamiętam z dzieciństwa, jak młodzież z miasta śmiała się z wiejskiej, kiedy ta odważyła się założyć strój ludowy lub, nie daj Boże, w zespole tańca ludowego tańczyć - tzw. "obciach". A muzyka ludowa - to rzępolenie!?
Może się to nastawianie zmieniło. Mam nadzieję.

Ale!! To, z jaką częstotliwością można zobaczyć dumnego Austriaka w stroju regionalnym, jest nie do zrozumienia dla Polaka, oj nie... Trzeba z nimi być długo i widzieć i podziwiać! Zrozumieć ich dumę z tego wszystkiego, co prezentuje dany region. Zrozumieć ich chęć, żywą, do utożsamiania się z tradycją dziadków.

Zapraszam do obejrzenia poniższej strony!! Zobaczcie!! Przecierajcie oczy ze zdumienia, jacy oni piękni, dumni i też zabawni...: http://www.trachtenhaus.com/events/fotos



A to z miejscowego sklepu:




I co sądzicie? Różne są te stroje, niektóre przecudowne, niektóre kiczowate. O jak by mi się chciało mieć taki swój strój, taki przepiękny - ale mi się nie należy z racji nie posiadania przodków austriackich. A w Polsce nie ma takiej identyfikacji... a nawet jakbym taki krakowski strój na siłę kupiła (bo ja nie z Krakowa), to gdzie w nim pójdę? - tylko na procesję na Boże Ciało...

niedziela, 2 czerwca 2013

Dwukulturowość w spiżarni.



Dzisiaj o tym jak kultura gotowania i kuchni austriackiej wkracza do naszej rodziny. Muszę się śpieszyć bo sezon na truskawki (hura!!) i kwitnienie czarnego bzu właśnie się rozpoczął!! A moje dywagacje o dwukulturowości bazują dzisiaj właśnie na tych cudach natury!!

Podobno pożywienie i nawyki kulinarne to jeden z typów działalności ludzkiej uwarunkowanej kulturowo. To znaczy, przepraszam – nie podobno, a na pewno! I tak, podróżując lub mieszkając w różnych krajach, poznajemy smaki, nazwy, a na końcu przepisy! Jest to jeden z przyjemniejszych aspektów wielokulturowości! Tak więc najpierw się zasiada do wspólnego stołu, potem się próbuje, smakuje, rozkoszuje, mniam, mniam a potem się rozmawia. Niekiedy prosi o przepisy. Stół zbliża, to wiemy wszyscy – uśmiechamy się, lubimy się – najczęściej od tego zaczynamy bliższe znajomości i długie rozmowy. A o jedzeniu w każdym języku dość łatwo się rozmawia.

Moja rodzina zakochała się w Austrii w Holunderblütensirup – to jest sok z kwiatów czarnego bzu – ten zapach i smak zniewolił nas! CUDOWNY!

To jedno z niewielu słów, które mówimy tylko po niemiecku – mówimy HOLUNDER – bo jak to nazwać po polsku – trochę długie wychodzi, a i tak ludzie przeważnie nie wiedz o co chodzi.

W tym regionie Austrii robi się ten sok w każdym wielkim gospodarstwie, potem pije się z wodą w Buschenschankach. Znakomicie gasi pragnienie!

Tak więc i my w tym tygodniu, jak tylko będzie więcej słońca, ruszamy w teren, zbierać kwiaty czarnego bzu. Ważne jest, by kwiaty były świeże, jeszcze z pyłkiem, ze słońca!! Nie myjemy kwiatów. Ja mam przepis tutejszy i podaję go, bo sprawdzony już przez trzy sezony.

Składniki:
40 kwiatów (dużych) czarnego bzu
2 litry wody
4 kg cukru (straszne;-), więc ja daję 3)
4 pomarańcze (wyszorowane i sparzone - pokrojone razem ze skórką)
2 cytryny (wyszorowane i sparzone - pokrojone razem ze skórką)
50 g kwasku cytrynowego.

Potem to wszystko do wielkiego gara i do piwnicy najlepiej (ciemne, chłodne miejsce). Ma stać 10 dni. Codziennie mieszać, aby cukier się rozpuścił. Słyszałam o wersji z rozpuszczonym cukrem w wodzie wcześniej – może spróbuje w tym roku. Następnie to wszystko odcedzić i wlać do butelek. Butelki trzeba co jakiś czas poluzować i zakręcić ponownie, bo coś tam coś i mogą wybuchnąć (??)

No i tyle – PYCHOTA! Mówię Wam!

A drugi mieszaniec kulturowy z naszej spiżarni to Rumtopf!! Mniam! Ech!!

Pochodzi z Bawarii ale tutaj też się robi. Mój tata też takie owocki sobie robił – ale, żeby dotrwały do Bożego Narodzenia…;-) no skąd.

Rumtopf – to owoce letnie, ze słońca zalane rumem. Cudowny dodatek do herbatki, ciasta na zimę. Ten wspaniały, biały wazono–dzban ze zdjęcia to nasz nowy Rumtopf. I już niedługo rozpoczynamy wsypywanie do niego owoców!!!

Rozpoczyna się od truskawek! (około 0,5 kg) przekrojone lub pokrojone wsypujemy do „dzbana” , zasypujemy około 250 g. cukru (dobry jest kandyzowany) i zalewamy rumem (ma przykryć owoce i ma być ponad 50 %). Potem dosypujemy owoce przez całe lato i dolewamy rum (powinny być poziomki, truskawki, maliny, czereśnie z pestkami, wiśnie z pestkami, porzeczki bez szypułek, brzoskwinie bez pestek, morele bez pestek, gruszki i śliwki bez pestek). Ostateczna wersja zależy od upodobań, dlatego skład możemy dowolnie zmieniać. Poza jabłkami, czarnymi porzeczkami i jagodami, gdyż ich obecność jest niewskazana. Cytrusów wcale. Za każdym razem jak dosypujemy owoce, dolewamy rum.

Gotowe na Boże Narodzenie.

I tak w naszej spiżarni, obok ogórków kiszonych i kapusty stoi holunder i rumtopf :-)

I to jest piękne w dwukulturowości… a jakie smaczne… :-)

I pojawiły się Beata i monifaktura - witam serdecznie!



DODATEK
Myślę, że powyższy link podany przez Madzię http://www.beawkuchni.com/2011/05/syrop-z-kwiatow-czarnego-bzu.html kieruje nas do specjalisty od kuchennych specjałów, więc odsyłam do niej jeśli ktoś chce robić syrop/sok z kwiatów czarnego bzu. Jedyne co, to to jest syrop a ja pisałam o soku niepasteryzowanym (dlatego dużo cukru). Trzymam w piwnicy. Nie psuje się nawet.
Bea ze Szwajcarii pisze, więc bliska nam - emigrantka! Pozdrawiamy!

niedziela, 3 lutego 2013

Kapusta kiszona a tożsamość narodowa.

Wpisałam na blogu Sylaby , iż mogę podzielić się przepisem na kiszona kapustę - jeśli ktoś chciał, mógł się do mnie zgłaszać. Ale tak pomyślałam: w tej kapuście jest tyle ważnych spraw, że nadaje się na temat na blog.
A więc: nie tylko my, Polacy mamy kapustę kiszoną... uwielbiają ją Niemcy, Austriacy. Okazuje się, że można ją kupić na Florydzie...Ale! Jest ale... Ichniejsza kapusta ma dodatek octu. I mój synek uwielbia kapustę kiszoną - odkąd mógł spróbować - samodzielnie wykraść z miski. Rozpoczynająca swe doświadczenia kulinarne córeczka (10 m.) uwielbia kapustę kiszoną - dałam jej troszeczkę i był wielki płacz, że nie ma więcej...
Kolejne ale: ale musi być prawdziwa POLSKA kapusta kiszona, nie austriacka ze sklepu. Tajemniczym kluczem okazał się być ocet! Moje dzieci jak pieski wywęszą, że ta kapusta nie jest NASZA i nie zjedzą. Przyznaję im rację, wszyscy im byście przyznali. Dodatek octu zupełnie zmienia smak, na gorszy oczywiście.
Tak więc stanęłam na wysokości zadania i z pomocą teściowej zapakowałam tej jesieni 10 kg. kapusty w słoje i mam: PRAWDZIWĄ! POLSKĄ! KAPUSTĘ KISZONĄ!! PYCHA!! Do tego zapasu dołączyła się mama, która przysłała mi kilka słoików kapusty jej wytworu.
I tak smak naszej, polskiej kapusty elegancko, jak broszka, wpiął się w garnitur polskiej tożsamości. Podkreśla ją i wyróżnia.
I tak to - po kapuście ich poznacie...
A i tak, nikt nie pobije naszych tutejszych znajomych: Stasi i Andrzeja - zrobili 120 kg.(!) polskiej kapusty kiszonej... Jak mi braknie, mam u kogo wyżebrać...

A oto przepisy, jeśli ktoś się zachęcił:

Przepis mojej Mamy:
Garnek wielki: do garnka kapusty ile chcemy uszatkować, zasolić "na oko" (!), marchewki zetrzeć (ile chcemy), "wymięsić", "wydusić" i zostawić na 2 tyg., gdzieś w kuchni, żeby ciepło było. Potem wepchać w słoiki (mocno ugnieść) i wynieść z kuchni do ciemnego miejsca i zimnego...(najlepiej na tacy zostawić, bo kipi czasem).

Przepis Teściowej - ze zmianami:
10 kg kapusty, 20 dkg. soli, (jak ktoś chce kminek i marchewka), garnek wielki: "wymięsić", "wydusić" (i zmiany):
i zostawić na 36 godz. gdzieś w kuchni, żeby ciepło było. Potem wepchać w słoiki (mocno ugnieść) i wynieść z kuchni do ciemnego miejsca i zimnego...(najlepiej na tacy zostawić, bo kipi czasem).

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Wiemy, co jemy.

Tak wyszło, że w tym roku zostajemy na Święta Bożego Narodzenia w Austrii. Będę się przyglądała jak świętują Austriacy. Jako mama małych dzieci, przygotowuje niektóre potrawy wcześniej i siup... "zamrozić"...Nie wiadomo bowiem, czy dzieci pozwolą w krótkim czasie przed Wigilią gotować. Postanowiłam więc sprawdzić jak jedzą w Wigilię Austriacy. No i różnica kulturowa tutaj jest przepaścią : jedzą kiełbasę z kapustą...!!! Zastanawiam się czy jakakolwiek część mojej osoby zgodziłaby się zamienić naszą wieczerzę na kiełbasę z kapustą? Pewnie tak, tylko tęsknota by została... W każdym razie obserwacje kultury kulinarnej, świątecznej kontynuować będę...Dam znak, co mnie jeszcze zaskoczyło i zdziwiło. Zapraszam do dyskusji, czy to jedzenie aż tak ważne?? Oczywiście jest wiele świątecznych zwyczajów, ciekawych, różnych, bogatych w głębię duchową. Jedzenie przyszło mi na myśl, dlatego, że nim się teraz zajmowałam. Uczę Maksia śpiewać kolędy polskie. W tym roku ma w dzienniczku wklejone trzy. A przecież jest jeszcze opłatek, który ma moc odmienić duszę...

piątek, 14 grudnia 2012

Kalendarz Adwentowy w dzienniczku

To zdjęcie Kalendarza Adwentowego Maksymiliana. Zawartość szufladek (naklejki świąteczne, ozdoba choinkowa, mały cukierek i kartka z opisem dnia) zrobiła furorę. Kartki z napisami synek przykleja naklejkami w dzienniczku (polskim). Oto zdjęcia:


niedziela, 2 grudnia 2012

Kalendarz adwentowy.

Przygotowałam dla Maksymiliana kalendarz adwentowy. Kolejna luterańska tradycja wkradła się w nasze progi. W Polsce zwyczaj mało praktykowany, jak już to jest to najczęściej czekoladkowy kalendarz. My mamy auto z małymi szufladkami. W każdej szufladce wylądował maleńki owocowy cukiereczek, trzy kolorowe, świąteczne naklejki, maleńka ozdoba na choinkę oraz mała kartka z napisem. Synek jest na etapie nauki dni tygodnia, więc postanowiłam wykorzystać ku temu kalendarz i powkładałam kartki z napisami: DZISIAJ JEST SOBOTA 1 GRUDNIA.itd. Trzy pieczenie na jednym ogniu: trenujemy czytanie, uczymy się postrzegania czasu i nazw tygodnia oraz cieszymy się z zaspokojenia ciekawości "co tu jest napisane". Maksymilian ma wielką frajdę z kalendarza adwentowego. O dziwo nie oponuje, że nie można zaglądać do kolejnych szufladek. Tradycja warta zachodu - dziecko cieszy się bardzo i czeka na Święta bardziej świadomie - pada mnóstwo pytań...trudnych, oj trudnych. Makuś ustalił, że jak Święta to są urodziny Jezusa, to on mu zaniesie do kościoła czekoladkę w prezencie... Czekamy więc otwierając szufladki z niespodziankami...Może znajdzie się czekoladka dla Jezuska...

sobota, 24 listopada 2012

Nowe zwyczaje.

Z przyjściem krótkich dni przyszły nowe spostrzeżenia. Ciemności wyzwalają ciekawe zachowania - zauważyłam kilka, których odmienność od kultury polskiej jest wielka. Po pierwsze od dnia Św. Marcina przy drzwiach każdego domu pojawia się lampa ze świeczką w środku. Zapala się ją o zmroku. Rankiem też można zauważyć palące się świece. Przy drzwiach przedszkola stoją dwie lampy, w przedszkolu wielkie "gazetki" o świetle. Miłe to. Po drugie dziś szaleje u nas w miasteczku Krampus - brrr...brat Św. Mikołaja???!!! Straszy rózgami wielkimi - dosłownie można dostać po łydkach dość mocno! Jak ktoś chce zobaczyć jak wygląda - proszę zerknąć do Wikipedii. Niemiłe to i naprawdę można się przerazić. Tak więc dzisiaj chodziliśmy z dziećmi opłotkami. Po trzecie - szał ozdób świątecznych rozpoczęty. Gospodarz na drabinie pół dnia spędził, wieszając oświetlenie. W Austrii ozdoby świąteczne pojawiają się na cały adwent i znikają 7 stycznia, zaraz po Trzech Królach. Miłe to - nasza choinka suszy się wiec 2 miesiące - cały grudzień - po austriacku i cały styczeń po polsku... Te kulturowe różnice powoli przejmujemy - przed drzwiami chętnie postawimy latarnię. Albo mieszamy - choinka stoi dłużej. Ale niekiedy są dla nas nie do przyjęcia: Krampus nas straszy. Austriaków nie straszy.