Pokazywanie postów oznaczonych etykietą adaptacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą adaptacja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 maja 2015

"JAK TO MNIE NIEMIECCY SĄSIEDZI ZMUSZAJĄ DO UŻYWANIA POLSKICH PRZEKLEŃSTW"

Dziś znów dwukulturowość.
Wczoraj zapowiadałam, ze będę przeklinać: http://dwujezycznosc.blogspot.co.at/2015/05/sowa-sowa-sowa-sowa-duszy-emocji-ze_7.html
Mieszkam w Niemczech już ponad rok. Bardzo mi tu trudno było jakoś się zaaklimatyzować. Podobno po roku jest o niebo lepiej… No jest, o tyle, że nie jest mi lepiej tu.
Tylko ja jestem mocniejsza, żeby to zmienić.
Jak tu jest i jak odbieram mieszkanie z Duchami pisałam tu:http://dwujezycznosc.blogspot.co.at/2014/09/obcokrajowcy-sasiedzi-i-szpiedzy-w.html
A że nie zmieniło się wcale, nie pojawiły się znajomości wśród tutejszej ludności to muszę zmienić to miejsce, bo nie da się kisić w tej atmosferze. 
Jako, że zawsze wszystkim mówiłam, że życie jest piękne, tak (dopóki się stąd nie wyprowadzimy) i tu postanowiłam szukać tego, co piękne i pokazywać to dzieciom.
Program jest taki i nic mnie nie zniechęci, nawet sąsiedzi….!!!
Tak więc opisuję dzieciom, różne piękne rzeczy, ludzi, emocje… Naszą zabawą w drodze do przedszkola jest „kto? co? widzi ładnego”
Przekrzykiwaniom się nie ma końca… !!! Są przecudne. Np. "o jakie pan ma ładne wąsy!, jakie piękne drzewa, jakie piękne kwiatki, jakie ładne oka, jaki ładny motor itp., itd. piejemy zachwytami!!!
I wiadomo, jest lepiej.
Kilka dni temu np. Alicja (fakt, miała lekką gorączkę…) wykrzyknęła jak wjechałyśmy do naszego miasteczka: "Jakie piękne miasteczko!!" - skutek cudny prostej terapii!! Szkoda, że dopiero teraz... ale wcześniej serca nie miałam ani zdrowia….
I się cieszę z moich postępów, a tu taki rozwój sytuacji… próba, kuszenie znów… Duchy się budzą…
Milena chwilę sama na podwórku w wózku, widzę ją przez okno. Widzę, że wchodzi sąsiad. Milena spragniona widoku ludzi, piszczy, macha rekami, wierci mu dziurę w brzuchu i piskiem radosnym i wzrokiem wbitym weń i ręcznymi wiatrakami. Sąsiad… jak mur, Duch, przeszedł ani mru mru, ani mrug mrug, ani nawet lekkiego przechyłu głowy w kierunku dziecka, ani lekkiego półgębka uśmiechu. Potraktował je tak samo jak mur naprzeciwko…
Ja przypadkiem to zza firanki widziałam i co… no zaczęło mi się cisnąć na usta…!!! Mi, co ja z wychowania, z przyzwyczajenia i z przekonania  nie klnę!!! Ale cisnęło się, cisnęło, ale nie dałam się… Nie wycisnęło. Opisałam sobie wewnętrznie, piękną polszczyzną sytuację i wzniosłam się ponad.
Duch poszedł.
Ja wyszłam pogadać z Milenką o pięknym murze naprzeciwko….
Kolejny ranek: piękny, majowy, słoneczny. Pakuję dzieci, wszystkie trzy, do auta. Zadowolona, bo miły poranek, ciepło, nie wieje po oczach. Przypinam kolejne pasy. Idzie sąsiadka z psem na spacer. Ja z głową w aucie, widzę, że mija auto, „nie widzi” nas. Wysuwam się, z uśmiechem (żeby zauważyła, że ja ją widzę…) i witam się tutejszym „morgen”. Nic!!
No i znów, jakieś wściekłe emocje i znów cisnęło się, niestety, mi na usta polskie przekleństwo. Udało się, nie wycisnęło! (Nic to, może Ducha widziałam)
I tłumaczyć chcę sobie w myślach o co chodzi…? Zrozumieć tę inna kulturę. I nie wiem, czy jak człowiek bokiem, tyłem, coś robi, to się już nie wita go, czy jakisik afront poczyniłąm? czy jaki czort? Nie rozumiem zupełnie nadal ich zachowań społecznych.
Odwiozłam dzieci do przedszkola, popodziwialiśmy „okoliczności przyrody”. Fajnie było.
Wracam.
Wychodzę z jedynym pozostałym dzieckiem z małego parkingu w kierunku bramy w dali (takiej 10 m) sąsiadka! Z małym dzidziusiem! I z jakąś koleżanką. Przechodzą w drugą stronę tego parkingu. Ja już z uśmiechem, szykuję niemieckie słowa zapytania "co słychać? Jak Mały? Jak ona?" Rozmawiałam z nią ostatnio w jesieni, kiedy pytałam jak się czuje… Miła była wtedy, miałam szczerą nadzieję, że jakoś sytuacja matkowania nas może zbliży. Urodziła w zimie, nie spotkałyśmy się ! do tej pory!!! (pisałam,że tu do parku i na plac zabaw tylko my chodzimy…).
No i zostałam z tym uśmiechem, one przemknęły. Duchy? No „kurwa”!!!, nie!!!
No i kur zapiał jednak, chociaż dwa razy się krztusił…
W tym nastroju, wścieku weszłam do domu, rzuciłam kilkoma rzeczami.
Usiadłam i zaczęłam w myślach opisywać sytuację sobie innymi, polskimi słowami. Duchy, mnie nie widzą! Nie wiem dlaczego! I się nie dowiem! Mogę przypuszczać i się zamęczać. Ale nie, oj nie…! Nie wiem, czy kiedykolwiek zrozumiem tę kulturę tu,w tym miasteczku.
Ta kultura mi dała przykre doświadczenia braku akceptacji. Nic z pięknych doświadczeń dwukulturowości (oprócz oparów historii sączących się z murów, zamków, bruków).
Potem wstałam, zapakowałam Milenkę i poszłam na spacer podziwiać stare mury, uśmiechać się wszem i wobec; z  decyzją, że dziecku to jednak piękno będę pokazywać, PÓKI mogę.

OŚWIADCZENIE publiczne dla miasta S.:
„Niemili Państwo, kląć, MNIE nie nauczycie!!!!”
„Niemili Państwo, nie uśmiechać się, MNIE nie nauczycie”
„Niemili Państwo, nie widzieć ludzi, MNIE nie nauczycie!”

„Mili Państwo, którzy mnie chcą poznać – zapraszam na kawę Schulstrasse 28”!!!!
(przetłumaczę i porozwieszam na słupach)
Tu obrazowanie:
Idziemy dookoła Rynku, żeby nie było wątpliwości:
 tu była kiedyś drogeria:
 tu był sklepik:
Tu się wchodziło do kamienicy, do domu czyjegoś:
 Tu była kiedyś apteka:
 Tu był kiosk:
 Tu było coś z meblami:
 I tu był jakiś sklep:
 Nie wiem co tu było, ale przy samym Rynku, jak widać:



 Tam w tym pięknym budynku był!! urząd gminy:
 Tu stoi kościół w sensie budowli, Kościół w sensie wspólnoty był. Zamknięty na głucho:
 Tu była poczta:
 Tu był sklep jakiś:
 I tu wszędzie były sklepy:





 Tu był zamek!:
 A tam poniżej jeszcze nie wiem co było, ale już NIC nie ma oprócz tego, co widać:


 To ulica wiodąca do parku:

CO jest? bank i piekarnia i rzeźnik.
Ale miało być miło i pozytywnie! Zobaczcie, jaki piękny horyzont wczoraj dojrzałam!:




poniedziałek, 1 września 2014

Obcokrajowcy, Sąsiedzi i Szpiedzy w krainie Duchów. Wynik walki 1:1…

Miałam nie pisać na ten temat, bo miałam nie narzekać! Ale zrobiono nam „zdjęcie” pt. „Polacy przyjeżdżają tam jeść jeżyny” i się zdenerwowałam i napiszę! A co! I narzekac nie będę – tylko trochę pokpię, poironizuję.

Jak nic moje pojęcie normalności jest na tyle INNE, że nie umiem zrozumieć różnych zachowań tu… Ale coraz częściej rozumiem terminy „byłe DDR”, „dedereowcy”, które wcześniej były dla mnie trochę „niegrzeczne”. No niestety terminy te oddaja tę „inną normę”, której doświadczam.

Szybki pokaz, bo czas mnie do dzieci goni…

1. Obcokrajowcy: Poród trójkulturowy. Przyszło mi rodzić w międzynarodowym towarzystwie: ja i mąż – Polacy, położna – Niemka, lekarka – z jednej z byłej republik (dalekiej) … I co? jak wyszło!? O Boże!!! Zamiast koncentrować się na wiadomo czym, usiłowałam ogarnąć: „Czego ta BABA chce??” BABA – położna, dyktatorka, arogancka, niegrzeczna, wywracająca oczami do niebios kiedy za głośno stęknęłam, co rusz krzycząca na panią doktor! Najbardziej spanikowałam, jak widziałam jak ta BABA traktuje panią doktor: bardzo! nieelegancko, niegrzecznie, nieuprzejmie!!! Pani doktor została postawiona w bardzo niezręcznej sytuacji. BABA ewidentnie „grała” na tym, iż pani doktor jest OBCA! Nie Niemka!! Pani doktor zdaje się nie ma wyboru – chce tam pracować – nie może za wiele gadać. Pani doktor – miła, empatyczna, uśmiechnieta, wspierająca DUSZA!! Wiadomo, że jest i czeka, i wspiera i daje to, co kobieta w takiej chwili powinna dać drugiej kobiecie. No przeżycie niezapomniane z wielu powodów… Wiadomo, ale, że wielokulturowość wkroczy mi na salę porodową i tak mocno i „pięknie” się uzewnętrzni??? Nie przypuszczałam… [walka dobry:zły wypada 1:1]

2. Sąsiedzi: w noc porodu wychodzimy na podwórko o godz. 3 rano… Sąsiad wychodzi do pracy. I zaprezentował piękny „rozjechany wzrok, zez pt. „Nie patrzę!! Oczywiście, że nie patrzę!! Nie widzę!!” No Duchy…(więcej Tu: http://dwujezycznosc.blogspot.co.at/search?updated-max=2014-08-04T13:43:00%2B02:00&max-results=5 ). Trzasnął bramą i poszedł. My za nim 30 m. Ale skąd nie patrzy na nas!! Ale!!! Widzi! Wszystko widzi i wie!!! Matko Boska… Co on jeszcze widzi i wie??? Po powrocie sąsiad oczywiście „Nie widzi”, że dziecko JEST a brzucha nie ma… Ani mru mru…!!! Ani „gratuluję” ani… Uprzejme „Hallo…” i poszedł… DUCH. Ech… No wiecie… Nie żebym marzyła o tym, aby każdy zaglądał do Małej i świergolił!! Ale tak to już matka ma: onosiła się, omeczyła, to miło jej na sercu, jak ktoś pogratuluje. Ufff – sąsiadka przyszła z gratulacjami!!! I maleńkim prezencikiem! Miła, młoda Niemka („nie stąd…”) [walka dobry:zły wypada 1:1]

3. Szpiedzy: coś co przelało moją gorycz. Poszliśmy 3 tyg. temu na jeżyny. Ja z wielkim brzuchem - doczłapałam… Zadowolona z siebie. Dzisiaj mąż mówi: zrobiono zdjęcie pt. „Polacy przyjeżdżają tam jeść jeżyny” – całe szczęście tam, gdzie pokazano to zdjęcie, była osoba, która „wysłała” nas na te jeżyny… Więc wyszliśmy obronna ręką [walka dobry:zły wypada 1:1]. Ale… No niech… był Duch? Był… Zrobił zdjęcie? Zrobił… Dla równowagi: poznaliśmy miłych Polaków, lubią ogródek, przetwory i dobre ciasto i byli u nas wczoraj i.. ostrzegali, że ONI/DUCHY szpiegują, bo lubią!! Im zaglądają do domu i ogródka przez lornetki z balkonów bloku z przeciwka… Ja do wczoraj niedowierzałam, dzisiaj już wierzę. I zaczynam się bać… Co jeszcze Duchy widziały i słyszały???

Ale co tam: jak chcą, tak będą mieć: Nie chcą nas? Przeszkadzamy im? Są niemili? Podejrzewają nas o…? Nie widzą nas? Ależ skąd widzą!! Zdjęcia niech robią!! Roślinki posadziłam jednoroczne, więc nie będzie żal stąd wyjechać!!!

A Duchom zostaną tylko zdjęcia….

czwartek, 7 sierpnia 2014

Pierwsze zachwyty w kraju Duchów– a jednak???


W ramach logoterapii, autoterapii, czy zwał jak zwał, postanowiłam wypisać, cóż takiego spotkałam w karinie Duchów, co mnie zachwyciło…
Nie mogę wszak zadręczać wszystkich marudzeniem i marudzeniem…

Otóż w punktach:
- wiosna: stare drzewa, wielkie, majestatyczne, swoimi koronami zasałaniające brzydotę i pustkę;
- czerwiec i lipiec: czereśnie w ilościach niepojętych i zachwycających dla lubiących – każda polna droga obsadzona drzewami owocowymi… ech.. marzenie!!!;
- początek lipca: lipy pachnące niebiańsko!!!! Miód w całej głowie;
- w promieniu 50 km. średniowieczne miasteczka – bruki, kamieniczki, uliczki…;
- średniowieczne zamki i kościoły w każdej wsi…
- nowe, świetne, wygodne drogi

Jest to miejsce, które daje nam w tym momencie dach nad głową i utrzymanie i przywita nasze trzecie Małe… Więc, póki co, jest dla nas bardzo ważne.

A potem? Potem się zobaczy, gdzie siebie odnajdziemy…

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Uprzejmość - to nie duchy... to ludzie...

Wczoraj, wyczłapałam na górę zamkową prześlicznego!!! miasteczka Quedlinburg:
https://www.google.pl/search?q=quedlinburg&espv=2&tbm=isch&tbo=u&source=univ&sa=X&ei=XWnfU5GlM8S1PZ2pgLgG&ved=0CB4QsAQ&biw=1920&bih=1099


No wyczłapałam !!! z rodziną i znajomymi - że lekko mżyło to dałam radę... ale ciężko było.
Zadowolona z siebie chciałam jeszcze grupę powlec w powrotnej drodze na przepiękny rynek...
Po drodze dzieci, w liczbie 5 rozkrzyczały się o jedzenie.
Padło na gofry.
Wszyscy wpakowaliśmy się do ślicznie wyglądającej naleśnikarni.

Rozwój wypoadków szybko i krótko (bo "rozwój" trwał godzinę!):
1. czekamy, czekamy, pani nie przychodzi...
2. po 10 min. 3 dzieci wymusiło lody "kręcone" i siedza z nimi...
3. po 15 min. przychodza dwie panie... mówimy, że chcemy gofry.
4. pani przyjmuje zamówienie
5. czekamy pół godz...(siku, bala, bla) nie ma gofrów
6. pytanie do kelnerki "Co jest?"
7. odpowiedź: że nie przyjęła zamówienia, bo myślała, że my chcemy na wynos! (chcemy na wynos - i siedzimy i czekamy na "odpowiednią chwilę"????)
8. delikatnie (jeszcze) zdenerwowani wstajemy i zbieramy się
9. jedno z dzieci krzyczy o gofry!!!
10. przy ladzie "na wynos" zamawiamy gofra... za 30 sekund drugie dziecko chce gofra i zamawiamy drugiego

I tu apogeum:
1. pani od gofrów komentuje ostro, niemiło, że mogliśmy od razu zamówić dwa, bo ona musi maszyne znów otwierać!!! (część grupy, nie znająca niemieckiego, patrzy zanipokojona na panią)
2. pani od gofrów rzuca na ladę papierowe tacki
3. pani od gofrów rzuca na papierowe tacki papierowe serwetki
4. część z naszych (co ni erozumie niemieckiego) pyta o co chodzi??
5. nikt nie wie, bo mąż wnerwiony po czubki rzęs stara się opanowywać siebie na tyle, by nie zrobić jakiejś głupoty
6. wszyscy zanipokojeni coraz bardziej...
7. porywamy 2!!! gofry i wychodzimy
8. deszcze leje
9. 2 gofry znikają w 5 buziach w sekundę i ...ryk...
10. na rynek nie idziemy - leje, straciliśmy godzinę, ja już nie daję rady fizycznie..

 W domu wszyscy wypytują, dopytują - ale jak to? ale dlaczego?

Analizujemy czy Pani sobie pozwoliła na takie zachowanie, bo??? co co??? bo musiała obsługiwać Rosjan (wszyscy nas tu biorą za Rosjan); bo nie lubi swojej pracy; bo miała zły dzień; bo duszno jej było...

Siedzimy i staramy się odpowiedzieć tym, co przyjechali z Polski: nie wiemy, ALE!!! myślimy, że przyczyn jest wiele, bo to NIE PIERWSZY RAZ!!! spotkaliśmy sie tu z takim potraktowaniem!!! niestety...

Jeszcze nie wiemy czy to jest zachowanie wobec NAS, czy takie "ogólnie przyjęte"...

Wiemy jak bywa w Polsce - różne.. jesteśmy pzryzwyczajeni, że nie weimy czego się mamy spodziewać po osobach nas obsługujących w urzędach, sklepach lokalach; będzie albo miło albo niemiło...

W Austrii - ani raz przez 5 lat nie spotkaliśmy się z takim zachowaniem...

W Niemczech - czujemy się tu,  jak intruzi, jak ci, co przeszkadzają, wpychają sie i TRZEBA się nimi zająć...

Nie mówię już o uśmiechu i zwykłej uprzejmości... Ale o powstrzymywnaiu się przed okazywaniem wprost "niechęci".

Wtedy czujemy, że to nie duchy... to ludzie...

Miasteczko takie piękne, że pojadę tam jeszcze, dam szansę komuś innemu, w innej knajpce...

piątek, 25 lipca 2014

Czy DUCHY się uśmiechają i czy NAS widzą – cd. o mojej adaptacji w Niemczech…


Kiedyś, kiedyś, pisałam o uśmiechu, który zauroczył mnie w Austrii:
Tu: http://www.dwujezycznosc.blogspot.de/2012/11/usmiech-smiech-dowcip.html
uśmiechu, który zawładnął w zupełności moimi wspomnieniami z Austrii. Ludzie uśmiechnięci: zawsze! Kiedy kogoś zobaczyli. Każda!! wymiana spojrzeń wiązała się z uśmiechem do tego kogoś, na kogo patrzymy. Jak się ktoś nie uśmiechnął, to był duży znak – coś się satło!

Uśmiech dorosłych do dzieci!, uśmiech dzieci do dzieci i dorosłych, nastolatków do dzieci!!, dorosłych do dorosłych, dzieci do starszych ludzi, starszych ludzi do wszystkich… uśmiech był wszędzie. Nawet w poważnych sytuacjach ich twarze były nakreślone zmarszczaki uśmiechu, były jakies bezpieczne…, wzbudzające zaufanie i okazujące troskę o Drugiego, o Innego.

W Polsce jest różnie. Jak pisałam kiedyś, w przytoczonym poście, uśmiech mój, który usiłowałam przeszczepić na grunt polski, działa cuda. O wiele łatwiej wszystko się załatwia, organizuje, o wiele łatwiej się żyje i funkcjonuje. Nawet w urzędzie z naburmuszoną panią – o wiele szybciej idzie… Gorzej na ulicy.

Moje dzieci przyzwyczajone bardziej do zachowań austriackich śmieją się zawsze i wszędzie do każdego. Przyzwyczajone do nawiązywania relacji – machają na ulicy do innych kierowców, przechodniów. W Polsce ludzie najpierw robią zdziwioną minę a potem jednak reagują dobrze (neurony lustrzane działają!!), uśmiechają się, machają. Tu w Niemczech moje dzieci doznały lekkiego szoku, bo ludzie, co robią? udają, że nie widzą!!!, nie słyszą… Duchy… Całe szczęście dzieci się nie zrażają (a ja je podpuszczam czasami…;-)) i próbują nadal machać do kierowców traktorów i ciężarówek – ci najczęściej reagują; próbują zagadywać ludzi – wtedy raczej tez reagują, ale na ich uśmiech raczej nikt nie zareaguje, bo udaje, że nie widzi…

Oprócz uśmiechu w Austrii funkcjonuje pozdrawianie się, niezależnie od tego czy się kogoś zna, czy nie. Oczywiście nie w wielkich miastach, ale i tam, jak z kimś jakoś „wyjątkowo” skrzyżują się nasze drogi to się tego kogoś albo pozdrawia, albo jakoś zagaduje (z uśmiechem oczywiście).

Nawet jak jest to sytuacja niezbyt przyjemna, to ludzie z żartem i humorem usiłują się dogadać. Zwracają sobie uwagę z uśmiechem, nie przepraszjąc broń Boże za to, że żyją lub ośmielają się czegoś wymagać – tylko konktetnie mówią o co chodzi, co im się nie podoba, co by od nas chcieli a potem …gadka szmatka i jest ok. Tu: kilka razy spotkało nas: kartki anonimowe od sąsiadów za wycieraczkami samochodu, że źle zaparkowaliśmy i że jak się to nie zmieni, to są odpowidanie służby i oni się tam udadzą!; pukanie do drzwi, że nasze dzieci są za głosne!!; uwagi przez otwarte okno – że tu się tak nie robi, bo coś tam…. i zatrzask okna… JENY!!! No boimy się nieco, jaki urząd za co wkroczy na nasze podwórko….

Jeszcze jedno: rozjechany wzrok, zez pt. „nie patrzę!!oczywiście, że nie patrzę!”. No Duchy!! To jest dla mnie prawdziwy szok kulturowy: wyobraźcie sobie sytuację: wchodzi właściciel domu do nas, idzie coś tam sprawdzić w odległym zakątku… IDZIE i prezentuje coś co ja obserwuję z wielkimi oczami wybałuszonymi chyba…: Idzie i kieruje się prosto w wyznaczone miejsce i niby nie patrzy wcale na otoczenie, tam gdzie akurat przechodzi ale CZUJESZ, że widzi!!! Kurde, myślę, jak on to robi, to „nie patrzę!!oczywiście, że nie patrzę!”!! Ja patrzę, a co… i widzę jakiś dziwnie rozjechany wzrok, jakgdyby oczy miały zeza na zewnątrz lekko, jakoś dziwnie zumują!!! Głowa usztywniona w zupełności. Identyczną akrobację wzrokową robią wszystkie starsze panie przechodzące obok nas na ulicy, obok naszego domu… Niesamowite!!

Ogólnie, po pobycie w Austrii, myślałam, że w Polsce jest fatalnie – tyle naburmuszonych twarzy. No jest trochę… Ale! Teraz mam kolejny powód do zdziwienia, bo TU, w tej części Niemiec, jest dokładnie o 100 % gorzej. Czyli nie uśmiecha i nie pozdrawia się nikogo. Nie ma tego zwyczaju. Zwraca się uwagę nieuprzejmie, wywołując stres i obawę urzędowego rozwoju sprawy… W mojej miejscowości, w Polsce, jak ktoś kogoś nie pozdrowi, tzn. że coś nie tak, albo obcy. Moja babcia mawiała: Ty nie muszisz znać!! ONI cię znają więc się łądnei kłaniaj” Pamiętam, jak stasze babcie poznawały po tzw. „urodzie” czyja ja jestem… ;-) W miejscowości męża nie ma zwyczaju kłaniania się do każdego, tylko jak się zna. Więc i w Polsce bywa różnie.

Klatki ze szpitala:
Uśmiech i pozdrawianie w sali szpitalnej: lezałą ze mna młoda dziewczyna – jak przyszła to pozdrowienie było lekkim odburknięciem, rano nic, jak przychodzili do niej goście (a przychodzili cały dzień) pozdrawiali i uśmiechali się tylko jej rodzice. Pomyśłałąm, może ja jestem jakaś nie zachćeajaca do kontaktu, stara, nie pogada ze mnadobrze, bo po niemiecku tak sobie… Ale potem doszły jeszcze 2 panie… I co! I tak samo!!! Brrr… No Duchy…
A ja, jak tem uparty osioł – uśmiechałam się do pań siedząc na korytarzu, czytając coś tam i spotkałam się z jednym, fantastycznym „oduśmiechem” – pani doktor, z która się już troszkę zaprzyjaźniliśmy teraz! Ale pani doktor, okazało się nie Niemka…. Dzięki niej podjęłam tez decyzję, że chcę to, co widzę i czuję opisywać. Wcześniej myślałam: nie, bo nie chcę pisać negatywów, ale po rozmowie z nią, zobaczyłąm, ze ona odbiera ten świat tak samo!!! No to, stwierdziałm, tzn., że nie jestem taka jedyna. Piszę o tym…
W odwiedziny do jednej z pań przyszły dzieci. Ja się uśmiechałam (najładniej jak umiem) do jednej z dziewczynek a ona: najpierw zobaczyłam przerażone oczy a potem mała szybko odwróciła wzrok. O jejku, pomyślałam, posiedziałam i wyszłam, żeby dziecka nie starszyc więcej…

Klatki z życia:
Sąsiedzi mnie nie widzą, nas nie widzą, chociaż robimy wiele hałasu idąc… Ale ja! Po odkryciu zjawiska: „nie patrzę!! oczywiście, że nie patrzę!”, zawsze przechodząc obok kłaniałam się i uśmiechałam. Pierwszy odzew!! Sąsiadka się odkłoniła i uśmiechnęła teraz niedawno – w czerwcu!!! Normalnie cuda wywołuję…
Przyjechali dziadkowie: kłaniają się i uśmiechają wszem i wobec z takim zawzięciem, że zaczęli ich zauważać wcześniej niż nas!! Ale coniektórzy patrzą, przepraszam bardzo, za wyrażenie: „jak na małpy w cyrku”… hym…

Tak więc tutejsze Duchy nie uśmiechają się ale za to widzą!! Nawet jak nam się wydaje, że nie widzą!

Strzeżcie się!! Albo bombardujcie uśmiechem, a co…

Wiem, po rozmowach z koleżankami z innych części Niemiec, że tam wygląda to inaczej… no cóż, ja trafiłam TU.

Patrzę do lustra i zastanawiam się, czy przejmuje już mimikę (znaczy się zmarszczki) tutajszą, czy mi jeszcze trochę polskiej i autriackiej zostało? Toż to ja przecież nie Duch…!!!

poniedziałek, 21 lipca 2014

Szok kulturowy w krainie Duchów...

Ciąg dalszy o mieszkaniu z Duchami. W poprzednim poście o wakacjach z Duchami zapowiedziałam, że zaczynam pisać o moich własnych procesach adaptacynych ostatnich miesięcy. Zapraszam.





Profesor Ewa Lipska opracowała taką oto tabelę etapów procesu adaptacji kulturowej:

wg. H. Mamzer
wg. K. Oberga
  1. etap fascynacji nową rzeczywistością
  2. etap trudności
  3. faza wyczerpania psychofizycznego
  4. faza redefiniowania siebie
  1. miesiąc miodowy

  1. szok kulturowy
  2. ożywienie
  3. dopasowanie


Pisze też o szoku kulturowym czyli: zmianach behawioralnych, związanych z uczeniem się nowej kultury i postępowania zgodnego z normami danej zbiorowości; o stresie akulturacyjnym, który wywołuje stan niepokoju, lęku, poczucia wyobcowania, niezadowolenia z życia, którym mogą towarzyszyć problemy psychosomatyczne oraz o szoku akulturacyjnym, który może wiązać się z poważnym konfliktem kulturowym, zaburzeniami psychicznymi, prowadzącymi do głębokich kryzysów tożsamości.

Hymmm…. Cóż, na jakim etapie jestem ja?

Już raz przechodziłam przez te stany, kiedy przeprowadziliśmy się do Austrii. Teraz z perspektywy czasu widzę, iż tam miesiąc miodowy, czyli etap fascynacji nową rzeczywistością był tak mocny!, iż zniwelował negatywne skutki kolejnych etapów, złagodził je znacząco.

Teraz jest „raz drugi”… niby byłam psychicznie przygotowana na to, wiedziałam, że różnie może być… ale to, jak przeżywam tę adaptację jest dla mnie szokiem kulturowym, z jego wszystkimi objawami negatywnymi. Dziwi mnie to, bo przecież to nie jest zupełnie „obca” kultura!!! To nie Indie ani Chiny!! Więc tym bardziej jestem zaskoczona swoim odbiorem (aż tak mocnym) tej rzeczywistości.

Teraz jedno ważne zdanie: WIEM, wiem od różnych koleżanek emigracyjnych, internetowych, że to, o czym im opowiadam to jest jakieś dziwne. Ogólnie Niemcy są INNE. JA TAK TRAFIŁAM!! Trafiłam do takiego regionu, miasteczka, że jest jak jest!!! Jak jest - będę opisywac i będę Was zadziwiać, bo całe Niemcy sa INNE!!!

Po pierwsze: jest to region najbiedniejszy w Niemczech! Na tablicach rejestracyjnych mamy MSH (Mansfeld Sudharz) – dowiedzieliśmy się, że zamieszkaliśmy w jednym z trzech najbiedniejszych miasteczek Niemiec!!! Jak wygląda miejsce najbiedniejsze w Niemczech? – no ja (!) nie widziałam takiego w Polsce!!!

Tak więc dotknął mnie jak nic stan depresyjny, zawiedzenie nową rzeczywistością, odczuwam do tej pory niepewność i zdziwienie wieloma aspektami rzeczywistości. Nie wiem jak otoczenie odbiera moje intencje, jak rozumie i interpretuje sens moich działań, moje reakcje. No, bo to, że ONI – DUCHY zachowują się się dla mnie inaczej, „dziwnie” jest dla mnie oczywiste…

„Szok kulturowy można zneutralizować przygotowując się odpowiednio do wyjazdu – należy dowiedzieć się jak najwięcej o zwyczajach i kulturze danego kraju, o gafach, o stereotypach, uprzedzeniach, tabu. Na miejscu zas warto zadbać o grupę wsparcia, którą mogą tworzyć nowi znajomi (krajanie lub nie), bądź rodzina – jeśli jest w pobliżu”

No nie zadbałam… bywałam wcześniej w Niemczech i nie widziałam takiej potrzeby – wydawało mi się, iż nie ma az takich wielkich różnic kulturowych, które mogą mnie dotknąć!!! Grupa wsparcia: okazało się, iż w tym miejscu w którym mieszkamy przez pół roku znaleźliśmy w promieniu 30 km. 3 Polaków…; mamy kilku  niemieckich znajomych z pracy Męża, których mogę uznać za maleńką grupę wsparcia, ale to tylko w sprawach odnajdywania się tu (co i gdzie), ale nie zrozumienia np. moich problemów…. Rodzina…rodzina daleko, że hej – teraz okazuje się, ze jak przybywają to doznają jeszcze większego szoku „bo jak to w Niemczech? TAK????”

Co jeszcze o szoku kulturowym teoretycznie (bo od jutra opowiadac będę o konkretach!!!). Otóż mam jedno wielkie szczęście okazuje się, bo wydaje się, że radzimy sobie dobrze jako rodzina. Prof. Ewa Lipińska pisze o tym, iż mężczyźni zazwyczaj szybciej (lepiej lub gorzej) zaczynają sobie radzić w nowym środowisku, poznają je i rozumieją , bo!, bo idą do pracy. Kobiety zaś odczuwają izolację w środowisku domownym, gdzie najczęściej są z małymi dziećmi. „Sytuacja ta przyczynia się do dysharmonii w rodzinie – tak do nieporozumień między małżonkami, jak i oddalania się od siebie obydwu pokoleń w sferze emocjonalno-intelektualnej, ponieważ porozumienie pomiędzy rodzicami a dziećmi bywa utrudnione” – uff. Jakoś z mężem sobie radzimy i wspieramy a dzieci jeszcze na tyle małe, że wolą i preferują nasze towarzystwo, niż inne (tutejsze). Ale, ale…co będzie dalej?

Ostatnie zdanie: profesor pisze: „Należy podkreślić, że nawet duża tolerancja wobec inności nie chroni osiedlających się przed flustracją, zagubieniem, zniechęceniem, a nawet strachem, złością oraz agresją i tęsknotą za „starym”.
Jejku, jejku!!! – tu jest ten ból: uważam, iż jestem bardzo tolerancyjna wobec inności i dziwiły mnie moje odczucia…ale widze, że to normalne. A jeszcze z anemią!! I w ciąży!!! – to już wszystko sobie wybaczam pomalutku…

To się wyteoretyzowałam!!! Od jutra o szczegółach – cóż mnie tu tak zadziwia i szokuje:-)

(Poniższy post na podstawie rozdziału „Problemy adaptacyjne (e/i)migrantów” z książki Ewy Lipińskiej „Polskość w Australii. O dwujęzyczności, edukacji i problemach adaptacyjnych Polonii na antypodach”, s. 17-20.)