Pokazywanie postów oznaczonych etykietą techniki wspomagające naukę języka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą techniki wspomagające naukę języka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 czerwca 2013

Pacynki, kukiełki i inne gaduły – PIĄTKOWE GADUŁECZKI.


Dziś o prostej, powszechnie znanej zabawie, która doskonale zachęca dzieci do mówienia. Jest to zabawa pacynkami i laleczkami oraz wykorzystywanie wszystkich rzeczy z domowych szuflad do nauki prowadzenia rozmowy, wymiany prostych pytań i odpowiedzi.


Dlaczego to taka ważna zabawa (żeby nie powiedzieć technika) – dlatego, że osadza ona sytuację dialogu tuż obok dziecka, może angażować je, albo wręcz jest magicznym „guziczkiem”, który wywołuje głos z dziecka. Dzieje się tak dlatego, że dziecko nie czuje się w żaden sposób zmuszane do mówienia. To nie ono powtarza nieskończoną ilość razy, to nie ono mówi, czyta - to laleczka, pacynka, zwierzątko, postaci np. duplo (itp.). Jest to prosty i bardzo dobry sposób na delikatną pomoc dzieciom dwujęzycznym, które nie chcą mówić w którymś z języków. Niekiedy kukiełka staje się reprezentacją dziecka, ale nie nim samym – można wtedy obserwować, co mówi i jak się zachowuje kukiełka, wiele nam to może opowiedzieć o dziecku i jego przeżyciach, emocjach.

Dzięki wprowadzeniu kilku bohaterów dziecko może uczyć się jak wygląda dialog, rozmowa – słyszy pytania i odpowiedzi. Dzieci bardzo szybko zapamiętują kwestie wypowiadane przez bohaterów. Potem słyszymy własne słowa, niekiedy skopiowane „co do joty”. Umożliwia to wielokrotne naśladownictwo pacynkowych (naszych) zachowań językowych, poszerza słownictwo, uczy ról społecznych, uczy rozumienia i użycia wypowiedzi językowych, które są adekwatne do przedstawianej sytuacji. Tak, jak w metodach komunikacyjnych w nauczaniu języków obcych, ważną rolę pełni tu kontekst i sytuacja. Dziecko uczy się języka mówionego! (w języku mówionym, potocznym, struktury językowe są inne niż w pisanym – baśniach, bajkach czytanych przez nas dziecku).

Dobrze pamiętać o wymianie ról. Raz jestem słoniem a dziecko babcią a innym razem odwrotnie.

Pacynki bardzo dobrze nadają się do opowiadania o emocjach, przeżyciach. Ustami laleczki wypowiadamy smutek, żal, rozczarowanie, zadowolenie, radość, tęsknoty. Samemu dziecku trudno czasami nazwać to, co czuje, więc usta pacynki są wielką pomocą! Łatwiej zapytać i uzyskać odpowiedź!

Jak się bawić – myślę, że nie jest konieczne opisywanie zasad zabawy pacynkami – jest to zabawa znana i każdy z nas, nakładając na rękę pacynkę, automatycznie wchodzi w rolę swoim zachowaniem i językiem.

Proszę pamiętać tylko, by dostosować poziom języka do umiejętności (szczególnie rozumienia) Waszego dziecka – odpowiednio łatwe dialogi!

Z dziećmi, które dobrze mówią w danym języku można zabawy pacynkami powoli kierunkować w dłuższe i oparte na prostych scenariuszach zabawy w teatrzyk!! Ale o teatrzykach w innym poście.

Jeszcze jedna rzecz: ja wykorzystuję zabawy pacynkami i ożywionymi przedmiotami w pracy, zabawie z dziećmi dwujęzycznymi (łyżeczka, szczoteczka, grzebień) w kilku ważnych dla mnie momentach:
1. kiedy dziecko WCALE lub NIECHĘTNIE mówi ;
2. kiedy chcę, mówiące chętnie dziecko, nauczyć wymian dialogu, rozmowy (pytań i odpowiedzi);
3. kiedy uczę czytać: i tu ważne – kiedy dziecko trzyma pacynkę - łatwiej je poprawiać! – poprawiamy wtedy pacynkę a nie dziecko (bardzo ważny aspekt psychologiczny); dziecko i my uczymy pacynkę! – dziecko nawet nie wie, kiedy czyta jako słonik, żaba;
4. przy ćwiczeniach tzw. logopedycznych, jeśli dziecko ich nie lubi – uczymy małpkę, jak robić dziubek lub jak szeroko uśmiechać się.
Ten sam sposób zabawy wykorzystałyśmy z Faustyną w jednej z zabaw wchodzących w skład „Zabaw Tutusia” – PLOTECZKI ŁYŻECZKI I SZCZOTECZKI – są to najkrótsze wymiany dialogowe: pytanie – odpowiedź, pytanie – odpowiedź:

Chyba już wszystkie przedmioty w moim domu zostały „odpytane” przez Maksia na wzór tych dialogów…

Podobnie i u Faustyny: „TU” > Polecam więc zabawy pacynkami, kukiełkami, laleczkami i ożywianie przedmiotów na pogaduszki, rozmówki i ploteczki .

A propos: Zapraszam dzisiaj wszystkie dzieci (których jednym z języków jest polski) z mamami na mały teatrzyk pt. „Jedziemy na wakacje do Polski!”. A potem szaleństwa na naszych łąkach, i ciacho, i kawa. Miejsce akcji – okolice Klagenfurtu.

DODATEK:
Co sądzicie o pomyśle przypisania jakimś konkretnym pacynkom, konkretnego języka: np. żaba mówi... no po francusku oczywiście, piesek po polsku, kotek po angielsku, kura po niemiecku - jeśli zachodzi potrzeba wspierania rozwoju jakiegoś języka w domu... Wydaje się to fajnym pomysłem. Spróbuję z Maksiem.

wtorek, 28 maja 2013

Histeryczny śmiech dwujęzyczności – ratunku dzienniczku!



Obiecałam opis naszego powrotu do dzienniczka niemieckiego. Zapraszam więc do WTORKOWYCH CZYTANECZEK - co ostatnio czytamy Makusiowi: jego dzienniczek/pamiętnik po niemiecku.

Tak się stało, że po pobycie w Polsce – ponad miesiąc – Maksymilian źle zniósł powrót do przedszkola. Po pierwszym dniu bolał go brzuch, marudził, wyglądał na osłabionego, po prostu chorego. Nie poszedł więc kolejne cztery dni. Obserwowałam go, rozmawiałam delikatnie. I znów utwierdziłam się w przekonaniu, że główną przyczyną złego samopoczucia synka był brak dobrej komunikacji w języku niemieckim. Popełniliśmy duży błąd, że nie przygotowaliśmy go do przedszkola – nie nauczyliśmy opowiadać – gdzie był, co robił…!!! Z mojej rozmowy z nim wyniknęło, że umiał powiedzieć dzieciom i pani tylko kilka słów (bez poprawnej konstrukcji). A tyle przeżył! I tak lubi opowiadać! Wrócił sfrustrowany, jak nic. Ech…

Przez kolejne dni usiłowałam pomóc mu w powrocie do życia codziennego w Austrii. Dodatkowo „przeprosiliśmy się” z dzienniczkiem prowadzonym w języku niemieckim. Teraz widzę, że omamiona tym, jak pani chwali przyswajanie języka niemieckiego przez Maksia, „zleniwiłam się” w prowadzeniu tego dzienniczka. Zła jestem na siebie – bo się znam i wiem, że Makuś mówi dużo, ale ciągle nie rozumie 60 procent wypowiedzi, szczególnie, kiedy nie są one związane z sytuacją, są abstrakcyjne, informacyjne. Pani ciągle nam zagłusza nasze niepokoje tym, że Makuś mówi więcej niż niektóre dzieci austriackie. Tak. Ale ile rozumie!? On, sprytny zagadywacz, mówi tylko to, co umie i fakt, mówi, mówi, mówi. Ale jak reaguje, kiedy nie rozumie?? Ja wiem. Pani jakoś nie chce wierzyć. To ból brzucha, biegunki i …histeryczny śmiech. Ja wiem, bo tak samo kiedyś reagował mój organizm na sytuacje stresujące, identycznie. Pamiętam wymioty w pierwsze dni przedszkola, ból brzucha w drodze do szkoły (chociaż na tym etapie nauczania byłam bardzo dobrą uczennicą:-)), pamiętam stres na studiach, wierkolenie w jelitach, pamiętam jeden egzamin, ważny bardzo – i mój histeryczny śmiech. Jakby nie jedna bardzo mądra osoba z komisji nie byłabym na tym miejscu rozwoju intelektualnego i osobistego, na którym jestem teraz. Teraz znam siebie i umiem nad tym zapanować. Teraz umiem NAZYWAĆ problem, OPISYWAĆ przed sobą i innymi sytuację i proponować rozwiązanie. Teraz muszę nauczyć tego wszystkiego swojego synka. Bo!

Bo kolejnego dnia w przedszkolu Maksymilian cyt.: „buntował się”, „wszystko było na nie”, „nie chciał wykonywać poleceń”, „i się głupio zaśmiewał” - jako konsekwencję panie wysłały go spać zamiast na spacer z innymi dziećmi… Potem ja go pytam – dlaczego poszedłeś spać? „Nie wiem”. Konsekwencje można wyciągać od osób, które rozumieją założenia gry…

I tu moja porażka: nie mogłam bronić swojego dziecka, bo mój niemiecki jest za słaby…; nie mogłam wypowiedzieć swojego zdania tak dokładnie, jakbym chciała - nie mogłam, bo tu już chodzi o niuanse. Pani zaproponowała rozmowę – z mężem oczywiście, bo on mówi dobrze po niemiecku. I tu moja porażka kolejna – nie muszę tłumaczyć jaka…

Ale, nie mogę płakać: O Boziu! Boziu!

Muszę działać, bo nie wierzę, że rozmowa z panią coś pomoże.

A więc powiedziałam: „przepraszam dzienniczku” i wyjęłam go z szuflady. Proszę poczytać TU o tym jak walczyliśmy z pierwszymi stresami w przedszkolu, pisząc dziennik (jest też tu troszeczkę teorii, jak cudowna to technika!). Pisałam też o pomysłach rodzinnego dzienniczka wydarzeń TU. Chwaliłam się też moim wydanym już "dziełem": dzienniczkiem wspomagającym rozwój języka polskiego TU.

Usiadłam z Maksiem, zapytałam o czym chciałby opowiedzieć dzieciom i pani, i narysowałam, i napisałam. Przez kolejne dni Makuś wchodził z dzienniczkiem pod pachą do sali, otwierał i pokazywał! I cieszył się! I nie marudził. I nie było „nein, nein!”.

Mam postanowienie delikatnej pomocy w nauce niemieckiego. Nie chcemy go uczyć my, ale widzę, że znów nie można być radykałem, więc chcę troszeczkę podeprzeć i wierzę, że dalej pójdzie sam. Ponawiam więc proste zapisy w dzienniczku niemieckim – przypominam: my czytamy Maksiowi te zapisy, on przeważnie zapamiętuje zdania, bo powtarzamy je i on też powtarza, opowiadając kilku osobom te sytuacje. Jako, że Makuś coraz lepiej czyta po polsku, to i za te zdania się zabiera, ale w żaden sposób nie wzmacniam tych zapędów;-)

Mam jeszcze jedno postanowienie: każda kolejna podróż do Polski będzie z dzienniczkiem niemieckim. A dzienniczek polski będziemy prowadzić w Austrii, po polsku, żeby móc pokazywać babciom, co się działo.

Jak pięknie wygląda podróż w dzienniczku pisze dziś Faustyna TU. Może nasze dzieci nauczą się pisania „dzienników podróży” – jak niektórzy sławni ludzie;-) !!

A poniżej niektóre wspomnienia z Polski – pierwsza pomoc z dzienniczkiem:











A jutro wielka niespodzianka, związana z tematem dzienniczka/pamiętnika!!! Zapraszam!! Cóż to może być??;-)

środa, 3 kwietnia 2013

A dzisiaj się cieszę i chwalę!!! - "MÓJ PIERWSZY DZIENNICZEK"

Dzisiaj dostałam miłą wiadomość z wydawnictwa WIR, że moja kolejna książka dla dzieci jest już gotowa i wylądowała na półkach w księgarniach!!
Jest to "MÓJ pierwszy DZIENNICZEK" - przeznaczony dla wszystkich dzieci uczących się czytać i pisać, jak też dla tych, które posiadają już te umiejętności. Przez wiele lat, prosząc rodziców, by pisali ze swoimi dziećmi dzienniczki trudziłyśmy się, aby wytłumaczyć jak to powinno wyglądać. Teraz mamy gotową propozycję - dziecko i rodzic mają dobre przygotowanie do tego, aby potem pisać pamiętniki samodzielnie.
Dzieci dwujęzyczne są szczególną grupą - często potrzebują dużego wsparcia w nauce języka lub podtrzymywaniu go. Polecam więc wszystkim serdecznie:



Na stronach wydawnictwa, czy też księgarni wydawnictwa, można zobaczyć kilka środkowych kart: TUTAJ . Oglądajcie, żeby wiedzieć, czego się spodziewać w środku!

Poniżej zdjęcie kilku stron wypełnionych już przez nasze znajome dzieci!:


Dodatkowym atutem jest konstrukcja tematyczna, która wprowadza podstawy gramatyczne języka polskiego w dialogach (wzorcowych rozmówkach).

Przy tej okazji dziękuję za wspólną pracę Adze Fabisiak-Majcher - współautorce, wspominając każdą noc spędzoną przy pracy... Dziękuję Adze Suder za piękną i szybką pracę edytorską! Nasze dzieci, mam nadzieję, wybaczą te noce i skorzystają z dzienniczków!
I mężowi - za wsparcie!! bo łatwo nie jest tworzyć jak się jest "blogującą mamą małych dzieci"...

Jak już przywiozę z Polski "Dzienniczek", to pomyślę o jakieś typowo blogowej "rozdawajce"... Co Wy na to?

niedziela, 3 marca 2013

Zaczynamy rok od marca.

Kolejny miesiąc roku się zaczął a my dopiero teraz startujemy z kalendarzem: zrobiliśmy taki prosty, będziemy go urozmaicać i myślimy, ze z miesiąca na miesiąc, z tygodnia na tydzień będzie bogatszy. Zaznaczyliśmy dni tygodnia, wpinamy miesiąc i każdego dnia zmieniamy karteczki z napisami: WCZORAJ, DZISIAJ, JUTRO.
Niektóre napisy są w wersji polskiej i niemieckiej. Zastanawiałam się nad wersją w jednym języku, ale chyba taki wybór nam teraz pasuje.
Druga tablica służyć ma do przypinania dokładnie nie wiadomo czego: teraz jest obwieszczenie, że "JEST ZIMA, WIOSNA IDZIE" i do tego rysunki Maksymiliana.
Niesamowitą frajdę sprawia mu przepinania karteczek - jak na razie - i wpinanie torcików z imionami (zaznaczanie urodzin bliskich znajomych) i ważnych dni (tu np. pierwszy dzień wiosny). Kalendarz wygląda tak:



Dam znak, jak to funkcjonuje i jakie fantastyczne urozmaicenia uda nam się wprowadzać !
A wszystko przez wkropkę i asiemi , które na swoich blogach pokazały piękne kalendarze i zachciało mi się podobnego dla synka... Pozdrawiam!!!

Witam serdecznie nowych obserwatorów!! Miło mi widzieć nowe kolorowe kwadraciki:-) Witam: mySIMPLEART :-), Grażkę :-), Dizzy Ivy :-), Karolinę G-G :-) i maryske.m :-) Jak kogoś pominęłam to witam szczególnie miło!!!

niedziela, 17 lutego 2013

Pozaginane opowiadania

Na blogu Sylaby przeczytacie post, w którym przypomina o starej zabawie, w pisanie "dzikich" opowiadań na zagiętych karteczkach. To tu, u Sylaby: szczegóły
Dziękujemy Ci Sylabo, że w swych poszukiwaniach zabaw z językiem dla swej córki, odświeżyłaś nam wspomnienia! i dałaś świetny pomysł na zabawę językową.
Dobra też wersja/pomysł "ani mamy t." - rysunki!

Usiadłam, żeby u nas wypróbować - ale nici: Makuś jeszcze nie pisze, rysuje już troszkę, troszkę ale gabarytami się ledwo mieści na kartkach wszelakich... Zabawa więc była dość ciężka, rysunków wielgachnych zeskanować się nie dało... Spróbuję jeszcze modyfikacji jakisik - może jakiegoś pomocnika do pisania lub rysowania dla Maksia znajdę.
W każdym razie - zabawę zapisuję - jako niezwykle angażującą młódź wszelaką, coby żmudne ćwiczenia gramatyczne nawet na nią przenieść.

Cieszę się Sylabo, że idziecie z córą dobrą drogą języka polskiego! Wierzę niezmiernie w Twoją pomysłowość!

A swoją drogą! Jak się nazywa ta zabawa? Zagięte opowiadania?? Pozaginane opowiadania?? Macie jakąś prawdziwa nazwę?

wtorek, 29 stycznia 2013

Teksty do książeczek – nauka czytania.

Z różnych przyczyn, często zdarza się, że teksty w książeczkach dla dzieci, które stoją na półce są dla naszych pociech niezrozumiałe: są napisane w obcym języku lub są za trudne, chociaż w znanym języku. Mamy, posługujące się kilkoma językami, tłumaczą na bieżąco, czytając. Nie zawsze mamy talent translatorski (pominąwszy niektóre znane nam tu osoby…!), talent tłumaczenia symultanicznego. Ale radzimy sobie jak możemy. Przeważnie tłumaczymy teksty jak umiemy (ja sprytnie posiłkuję się obrazkiem, a co przekręcam? nie wiem…. A jak się dowiem, to się muszę tłumaczyć po jakimś czasie.).
Ja chciałabym tu wspomnieć o metodzie pisania tekstów do wszystkich, wszelakich książeczek, znajdujących się w domu - metodzie, która służy nauce czytania. Zaznaczam, jak zwykle, że naukę czytania zaczynamy jak najwcześniej. (patrz opis metody symultaniczno-sekwencyjnej). Tak więc książeczki, które dzisiaj przedstawię, są książeczkami dla małych dzieci. Tak samo "opatrujemy" tekstami książki dla starszych – jeżeli uczymy czytać. Teksty pisane samodzielnie mają tę zaletę (przy nauce czytania), że są dostosowane do poziomu i umiejętności dziecka. Zwykle, kiedy dziecko nauczy się podstaw czytania, szybko opanowuje dalszy materiał, co owocuje samodzielnym czytaniem coraz trudniejszych tekstów - w tym oryginalnych tekstów z książek.

Jak to wygląda praktycznie?
Do jednej książeczki możemy przygotować kilka tekstów na różnym poziomie trudności. Zacząć możemy nawet od opisywania książeczek obrazkowych dla najmłodszych. Teksty niekiedy piszę bezpośrednio na książce – jeżeli nie przedstawia ona zbytniej wartości… Patrz zdjęcie książeczki z obrazkami (książeczka Maksia a teraz Ali):



Ja mam zwykle teksty napisane „na harmonijce” i wklejone do danej książeczki. Harmonijka służy temu, żeby książeczka mogła być wykorzystywana do nauki wielu dzieci, na różnym poziomie językowym (lub młodszego i starszego w domu):



Lub na kartkach i przyklejam:



Kiedy książka jest piękna i wartościowa, piszę na osobnej kartce i tylko wkładam pomiędzy kartki.

Zaznaczam, iż teksty te służą nauce czytania, więc nie reprezentują wysokiej wartości literackiej :-)
Zachęcam do oklejania książeczek i nauki czytania. Czekam na zdjęcia i opisy Waszych zmagań.

Post ten powstał dzięki inspiracji książeczkowymi tłumaczeniami Sylaby, patrz: Konkurs książkowy ogłaszam

czwartek, 17 stycznia 2013

Komiks.

Ciąg dalszy pomysłów dla Rogatki kochanej: Mamo Rogatki - może, żeby było atrakcyjnie i śmiesznie (bo nie mów mi, że i talent do rysownia masz...??!!) stwórzcie komiks! Przygody dwóch nastolatek - dokładnie nie wiem jakie tematy, bo moja córeczka jeszcze mała.
Taka forma umożliwia ćwiczenie języka mówionego, rozmowy, dialogu!!
Możesz mieszać gatunki - proszę bardzo, tylko pisz lub piszcie!
Podsumowując: dzienniczek, pamiętnik rodzinny, listy, maile, pocztówki, teksty własne, powieść:-), komiks!
Duży wybór! Każda z mam może wybrać formę, najbardziej odpowiednią do swych zdolności i chęci.
Zachęcam.

środa, 16 stycznia 2013

Listy do naszych dzieci

Każda sytuacja i każda osoba wymaga indywidualnego podejścia i pomysłu... Wymyślając wraz z pewną mamą, co może pomóc jej jedenastoletniej córce w nauce i pokochaniu języka polskiego wpadłam na pomysł pisania listów (w formie listu klasycznego lub maila) od niej samej do córki. Takie listy piszę ja do swojej maleńkiej córeczki i wrzucam je do pudełka „na przyszłość” – czasem coś przeczytam, czasem coś przeżywam i chciałabym, żeby ona kiedyś o tym wiedziała – a Bóg jeden wie, co ja będę za dwadzieścia lat pamiętała… Mam nadzieję, że Alicja nauczy się czytać po polsku i przeczyta kiedyś te listy.
Listy zatrzymują czas i przeżycia, słowo pisane zatrzymuje emocje i pozwoli może kiedyś do nich wrócić. Namawiam mamę Rogatki (pseudo) do pisania już i teraz, bezpośrednio do córki – w ten sposób język polski będzie bardzo żywy, pełen uczuć, prawdy. Wierzę mocno w to, że córka pokocha w ten sposób czytanie. Może sama zacznie pisać? Można spróbować w pewnym momencie pisać listy z pytaniami – wtedy w sposób naturalny i autentyczny można oczekiwać odpowiedzi.
Zamieszczam pomysł w poście – a nóż któraś z mam skorzysta.
Poniżej przykładowy list do Rogatki – MAMO Rogatki!, ze względu na Twój talent literacki, twoje listy będą o niebo piękniejsze! A dla córki prawdziwe i ważne! PISZ! BŁAGAM!
Kochana Rogatko!
Wczoraj byliśmy na truskawkach! To był dla mnie bardzo miły wyjazd. Mam nadzieję, że dla Ciebie również. Zabieram was chętnie na to wielkie, zielone, pachnące soczystością pole. Wiesz, że uwielbiam truskawki – są dobre…smaczne… wspaniałe …pyszne… najpyszniejsze na świecie, no przepyszne! Czerwone, czerwoniutkie pchają się do naszych koszyków a potem jemy je, pałaszujemy. Zajadamy, mlaskając z zadowolonymi minami i zastanawiamy się kiedy znów trzeba jechać – jutro? pojutrze? Pojedziemy jak tylko zabraknie, obiecuję!!
Jak byłam mała było u nas kilka rządków truskawek. Najbardziej smakowały mi ze śmietaną i z cukrem. Śmietanka była truskawkowo różowa. Siedziałam na progu i wylizywałam miskę jak kotek. Pięknie, równiutko, żeby nie został ani ślad, ani kropla soku ze śmietaną. A za tydzień, dwa jagody czarne pojawią się w lesie! To będzie okazja do opowiadania, jak pewnego lata rozcięłam nogę na wyprawie jagodowej i wylądowałam na pogotowiu! Oj. To było nieprzyjemne.
Ściskam Cię serdecznie.
Twoja mama.

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Rodzinny dzienniczek wydarzeń.


Dziś wymyśliłam coś takiego, co może posłużyć wszystkim nam - prowadzenie wspólnego, "rodzinnego" dzienniczka, pamiętnika. Z Makusiem prowadzimy dzienniczek i muszę przyznać, że kosztuje wiele wysiłku, aby znaleźć czas tak często, jak należy. A tak to i mąż by coś dopisał, i zdjęcie wkleił, i bilet z wycieczki, i rachunek za nowe buty. I o córeczce coś by się pojawiło. Każdy mógłby sobie wpisywać, wklejać wszystko, co chciałby - i opisywać króciutko, jednym wyrazem, zdaniem na jego poziomie języka polskiego!!!
Wydaje się to ciekawą propozycją dla rodzin mieszanych. Miłe ćwiczenie językowe połączone z opisem ważnych sytuacji z życia rodziny i każdego z osobna. Podejść należałoby do tego jako wielkiej Przygody, frajdy!, śmieszne rysunki robić, dialogi w dymkach zapisywać. To wszystko po to, żeby dzieci oswajać z poczuciem, że w języku polskim fajne rzeczy można robić. Co sądzicie? Może w tym poście będziemy rozwijać temat dzienniczka rodzinnego...