
Obiecałam opis naszego powrotu do dzienniczka niemieckiego. Zapraszam więc do WTORKOWYCH CZYTANECZEK - co ostatnio czytamy Makusiowi: jego dzienniczek/pamiętnik po niemiecku.
Tak się stało, że po pobycie w Polsce – ponad miesiąc – Maksymilian źle zniósł powrót do przedszkola. Po pierwszym dniu bolał go brzuch, marudził, wyglądał na osłabionego, po prostu chorego. Nie poszedł więc kolejne cztery dni. Obserwowałam go, rozmawiałam delikatnie. I znów utwierdziłam się w przekonaniu, że główną przyczyną złego samopoczucia synka był brak dobrej komunikacji w języku niemieckim. Popełniliśmy duży błąd, że nie przygotowaliśmy go do przedszkola – nie nauczyliśmy opowiadać – gdzie był, co robił…!!! Z mojej rozmowy z nim wyniknęło, że umiał powiedzieć dzieciom i pani tylko kilka słów (bez poprawnej konstrukcji). A tyle przeżył! I tak lubi opowiadać! Wrócił sfrustrowany, jak nic. Ech…
Przez kolejne dni usiłowałam pomóc mu w powrocie do życia codziennego w Austrii. Dodatkowo „przeprosiliśmy się” z dzienniczkiem prowadzonym w języku niemieckim. Teraz widzę, że omamiona tym, jak pani chwali przyswajanie języka niemieckiego przez Maksia, „zleniwiłam się” w prowadzeniu tego dzienniczka. Zła jestem na siebie – bo się znam i wiem, że Makuś mówi dużo, ale ciągle nie rozumie 60 procent wypowiedzi, szczególnie, kiedy nie są one związane z sytuacją, są abstrakcyjne, informacyjne. Pani ciągle nam zagłusza nasze niepokoje tym, że Makuś mówi więcej niż niektóre dzieci austriackie. Tak. Ale ile rozumie!? On, sprytny zagadywacz, mówi tylko to, co umie i fakt, mówi, mówi, mówi. Ale jak reaguje, kiedy nie rozumie?? Ja wiem. Pani jakoś nie chce wierzyć. To ból brzucha, biegunki i …histeryczny śmiech. Ja wiem, bo tak samo kiedyś reagował mój organizm na sytuacje stresujące, identycznie. Pamiętam wymioty w pierwsze dni przedszkola, ból brzucha w drodze do szkoły (chociaż na tym etapie nauczania byłam bardzo dobrą uczennicą:-)), pamiętam stres na studiach, wierkolenie w jelitach, pamiętam jeden egzamin, ważny bardzo – i mój histeryczny śmiech. Jakby nie jedna bardzo mądra osoba z komisji nie byłabym na tym miejscu rozwoju intelektualnego i osobistego, na którym jestem teraz. Teraz znam siebie i umiem nad tym zapanować. Teraz umiem NAZYWAĆ problem, OPISYWAĆ przed sobą i innymi sytuację i proponować rozwiązanie. Teraz muszę nauczyć tego wszystkiego swojego synka. Bo!
Bo kolejnego dnia w przedszkolu Maksymilian cyt.: „buntował się”, „wszystko było na nie”, „nie chciał wykonywać poleceń”, „i się głupio zaśmiewał” - jako konsekwencję panie wysłały go spać zamiast na spacer z innymi dziećmi… Potem ja go pytam – dlaczego poszedłeś spać? „Nie wiem”. Konsekwencje można wyciągać od osób, które rozumieją założenia gry…
I tu moja porażka: nie mogłam bronić swojego dziecka, bo mój niemiecki jest za słaby…; nie mogłam wypowiedzieć swojego zdania tak dokładnie, jakbym chciała - nie mogłam, bo tu już chodzi o niuanse. Pani zaproponowała rozmowę – z mężem oczywiście, bo on mówi dobrze po niemiecku. I tu moja porażka kolejna – nie muszę tłumaczyć jaka…
Ale, nie mogę płakać: O Boziu! Boziu!
Muszę działać, bo nie wierzę, że rozmowa z panią coś pomoże.
A więc powiedziałam: „przepraszam dzienniczku” i wyjęłam go z szuflady. Proszę poczytać TU o tym jak walczyliśmy z pierwszymi stresami w przedszkolu, pisząc dziennik (jest też tu troszeczkę teorii, jak cudowna to technika!). Pisałam też o pomysłach rodzinnego dzienniczka wydarzeń TU. Chwaliłam się też moim wydanym już "dziełem": dzienniczkiem wspomagającym rozwój języka polskiego TU.
Usiadłam z Maksiem, zapytałam o czym chciałby opowiedzieć dzieciom i pani, i narysowałam, i napisałam. Przez kolejne dni Makuś wchodził z dzienniczkiem pod pachą do sali, otwierał i pokazywał! I cieszył się! I nie marudził. I nie było „nein, nein!”.
Mam postanowienie delikatnej pomocy w nauce niemieckiego. Nie chcemy go uczyć my, ale widzę, że znów nie można być radykałem, więc chcę troszeczkę podeprzeć i wierzę, że dalej pójdzie sam. Ponawiam więc proste zapisy w dzienniczku niemieckim – przypominam: my czytamy Maksiowi te zapisy, on przeważnie zapamiętuje zdania, bo powtarzamy je i on też powtarza, opowiadając kilku osobom te sytuacje. Jako, że Makuś coraz lepiej czyta po polsku, to i za te zdania się zabiera, ale w żaden sposób nie wzmacniam tych zapędów;-)
Mam jeszcze jedno postanowienie: każda kolejna podróż do Polski będzie z dzienniczkiem niemieckim. A dzienniczek polski będziemy prowadzić w Austrii, po polsku, żeby móc pokazywać babciom, co się działo.
Jak pięknie wygląda podróż w dzienniczku pisze dziś Faustyna TU. Może nasze dzieci nauczą się pisania „dzienników podróży” – jak niektórzy sławni ludzie;-) !!
A poniżej niektóre wspomnienia z Polski – pierwsza pomoc z dzienniczkiem:





A jutro wielka niespodzianka, związana z tematem dzienniczka/pamiętnika!!! Zapraszam!! Cóż to może być??;-)